Eleventh Ray
„Reviving Tehom”
Dark Descent Rec. 2025
Eleventh Ray to zespół mający swój rodowód w
Atenach, czyli bastionie greckiego black metalu. Wydane przez nich demo, choć w
zasadzie był to materiał z próby, wzbudził na tyle spore zainteresowanie Dark
Descent Records, że Matt postanowił dać chłopakom szansę, i wydać im debiut.
Jak Grecja i Ateny, to wiecie czego się spodziewałem. W sumie nawet miałem na
to nadzieję. Na kolejny wysokiej jakości młodociany klon Rotting Christ czy
Necromantia. Już po kilku nutkach wiedziałem, że to jednak nie to. A po kilku
kolejnych byłem z tego powodu niebywale szczęśliwy. Chłopaki z Eleventh Ray
grają bowiem muzykę starą. Starszą niż druga fala z klasycznymi zespołami
wymienionymi powyżej. Czerpiąc obficie z lat osiemdziesiątych, pokroju
Tormentor, Morbid czy Root (choć to w zasadzie już początek kolejnej dekady).
Chwilami to, co znajdziemy na „Reviving Tehom” może też kojarzyć się z
niezaprzeczalnie unikalną twórczością Negative Plave, Malokarpatan czy
Hexenbrett, aczkolwiek nie z powodu dosłownych konotacji muzycznych, co
podobnego stylu odświeżania starego metalu na własną nutę. Nie brak na tej
płycie też nawiązań do sceny śródziemnomorskiej pokroju Mortuary Drape, czy
nawet sięgania do wczesnych nagrań Celtic Frost. Dużo porównań? Może i tak, ale
wierzcie mi, lub nie, dźwięki wypływające z serc tych Greków mają naprawdę
niejednolite inspiracje, i słychać, że panowie klasykę metalu, pod każdą
postacią, mają opanowaną do perfekcji. A że dzięki temu potrafią upichcić coś,
co jest jednocześnie staromodne, a zarazem brzmi niesamowicie świeżo, i przede
wszystkim oryginalnie, to nie sposób nie oddać im głębokiego pokłonu. Te
nagrania to jeden wielki wehikuł czasu, grecko brzmiący (bo jednak strój gitar
i charakterystyczny bas ostatecznie zdradza pochodzenie Eleventh Ray)
odpowiednik znanych z lat minionych twórców gatunku zwanego dziś black metalem.
Nie ma na tym albumie żadnego łamania schematów czy jakichkolwiek innowacji.
Jest za to sama klasyka, ubrana w stare szaty, jednak odświeżona lekkim
liftingiem. Cholernie mi ten krążek zrobił dzień. I w zasadzie nadal znajduję
na nim fragmenty zaskakujące, poniekąd wręcz szokujące, jak choćby hardcore’owe momenty w wieńczącym całość
kawałku tytułowym. Wierzcie mi jednak, ten album nie jest zlepkiem pomysłów,
ale naprawdę solidnym monolitem. Zdecydowanie polecam.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz