Antropomorphia
„Devoid Of Light”
Testimony Records 2025
Ten
holenderski zespół jako Antropomorphia istnieje już od 1990 roku, ale jakoś nie
dane im było wypłynąć na szersze wody, zwłaszcza że grają death metal i są z
kraju, w którym w tamtym okresie pojawiło się kilka bardzo dobrych kapel z tego
gatunku i są one w pamięci maniaków do dziś. Trochę dziwi mnie również fakt, że
pomimo tego, iż w pewnym okresie ich płyty wydawała Metal Blade, to nie udało
się temu kwartetowi wychylić bardziej łeb niż tylko trochę ponad linię
undergroundu. Chuj w to, jest jak jest, a najnowszy album Holendrów to kolejny
krok w stronę poczerniania metalu śmierci przy wykorzystaniu elementów
właściwych dla satanicznego grania, których do każdej, kolejnej swojej
produkcji, dokładali coraz więcej. Wynikiem tego jest „Devoid Of Light”, na
którym Antropomorphia proponuje potencjalnym odbiorcom mieszankę rytmicznego i
płynącego w średnim tempie death metalu, pokaźnie doprawionego gruboziarnistymi
tremolo. Całość brzmi niezwykle chwytliwie poprzez wszechobecne, przygnębiające
i pachnące mistycyzmem melodie, które nadają temu materiałowi podniosłego i
zarazem nieco melancholijnego wydźwięku. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu. Mięciutkie
bębny biją miarowo, klasyczne riffy mielą wzorcowo, wysokotonowe kostkowanie i
niewyszukane solówki bez trudu wżerają się w mózg, a i do wokali nie można mieć
pretensji, gdyż to gardłowy, choć niezbyt głęboki growl, który, jednakże swą
barwą doskonale pasuje do atmosferyczności tutejszych kompozycji. Niestety w
ostatecznym rozrachunku krążek ten wypada bardzo zachowawczo, bo pomysłom na
poszczególne akordy brakuje zupełnie siły. Nie są one w stanie zupełnie przykuć
do siebie na dłużej uwagi, ponieważ najzwyczajniej w świecie są tak idealnie w
swym wyrazie wypośrodkowane i co za tym idzie „politycznie poprawne”, co
zamienia muzykę Holendrów w bezkształtną masę, która pozbawiona jest
konkretnego charakteru. Panowie przez cały czas trwania „Devoid Of Light” kręcą
się w kółko, powtarzając te same schematy, które w dodatku nie mają mocy i po
dłuższej chwili zaczynają totalnie nudzić. Materiał bez pazurów oraz w swej
„okultystyczności” skrajnie wątpliwy. Monotonny i charakterologicznie neutralny
black-death metal o chyba mainstream’ owych ambicjach, które z łatwością połyka
ostatnia płyta Behemoth.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz