Martwa Aura
“Lament”
Malignant Voices 2025
O tym, że trzecia Martwa Aura zbliża się dużymi
krokami słyszałem już kilka miesięcy temu. Czas był najwyższy, bowiem „Morbus
Animus” ukazała się grubo ponad cztery lata wstecz. Od tamtej chwili zaszła
zmiana na stanowisku bębniarza, jednak kręgosłup twórczy zespołu pozostał
niezmienny. Wspominam o tym, bo jeśli po „Lament” oczekujecie w prostej linii
rozwinięcia tematów z płyty poprzedniej, to możecie się kapkę zdziwić. Nie, bez
obaw, zespół nie poszedł ani w „post” ani w inne, poboczne gatunki muzyczne. Po
prostu, po dogłębnym zapoznaniu się z nowymi utworami, stwierdzam, co
następuje. Martwa Aura nadal jest martwą aurą. W ich muzyce wciąż znajdziecie
elementy, które zespół prezentował wcześniej. Jest zatem melodia na modłę
północną, zwłaszcza norweską, jest jad i bluźnierstwo. Szkopuł w tym, że nowe
nagrania zespołu to skręt o sto osiemdziesiąt stopni i parcie pod prąd. A
dokładniej, te siedem kompozycji to najsurowsza i najbardziej wkurwiona wersja
Martwej Aury jaką dotychczas znaliście. Wspomniałem o melodiach. Tak, ich
obecność jest na pewno zauważalna, jednak tym razem owe harmonie nie są tak
bardzo bezpośrednie i chwytliwe. One rodzą się, czasem nawet w bólach, by
przemówić z pełną siłą dopiero po zdobyciu naszego zaufania. Z tego też powodu
„Lament” jest materiałem bardziej wymagającym i nie cierpiącym pośpiechu.
Ponadto, zdecydowanie więcej na tym krążku frontalnego ataku. Panowie często
rozpędzają się do granic możliwości, częstując bezlitosnym kostkowaniem i
gradem blastów. I tylko w tle, gdzieś tam na horyzoncie, mami swoją pieśnią
wycofana ścieżka gitarowa, jak choćby w „Lament 3”. Druga sprawa to wokale. I
nie tyle chodzi mi o barwę głosu Grega, który strun głosowych nie szczędzi i
drze mordę aż się w gardle sucho robi (aczkolwiek czasem też pośpiewa niskim
głosem), lecz o teksty. Na początku odrobinę drażniły mnie swoją prostotą i
bezpośredniością, lecz po krótkiej chwili zdałem sobie sprawę, że przy takim
zdziczeniu muzyki Martwej Aury, inaczej być nie może. Nie ma zatem owijania w
bawełnę, jest rzyganie żółcią bezpośrednio w twarz Nazareńczyka i jego ekipy.
Bardziej chropowate niż dotychczas jest także brzmienie, niedopieszczone i
staroszkolnie organiczne. Dzięki temu, ten album jest wściekły, satanistyczny i
czarny jak smoła, a na pewno jest środkowym palcem w kierunku tych, którzy
oczekiwali od Wielkopolan pójścia głębiej w melodię i klimaty w stylu Mgły. Co
ciekawe, wieńczy go utwór trochę odstający od reszty, najwolniejszy, najdłuższy
i najbardziej klimatyczny, z cholernie uzależniającym motywem gitarowym. Może
właśnie dlatego, w przeciwieństwie do pozostałych nie został zatytułowany jako
kolejny „Lament”, lecz „Morbus Animus II”. Dlaczego umieszczono go na końcu?
Czy Martwa Aura ma już wizję kolejnych nagrań, i tym razem zaserwuje nam płytę
wolną, atmosferyczną i bardziej
dysonansową? Tego, kurwa, nie wie nikt poza nimi. „Lament” to fantastyczny
blackmetalowy album, czterdzieści minut gniewu i buntu. Jednocześnie dowód, że
panowie kroczą swoją własną ścieżką, kompletnie nie sugerując się potrzebami
rynku. No ale chyba o to miało chodzić w black metalu, prawda?
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz