piątek, 23 maja 2025

Podwójna recenzja Camos „Hide from the Light”

 

Camos

„Hide from the Light”

Murder Rec. 2024

Mimo iż “Hide from the Light” jest dopiero drugim krążkiem Camos, historia zespołu ma swoje początku ćwierć wieku temu. Brazylijczycy nagrali trzy demówki, EP-kę oraz debiutancki album „Kaim 666”, by chwilę później zapaść w dziewięcioletni sen. Jednak na efekt re-unionu i tak musieliśmy poczekać kolejnych kilka lat, może dlatego, że w międzyczasie panowie (całkiem już zresztą leciwi) zajęci byli innymi projektami, choćby Thou Shall Not, z którym zarejestrowali dwa duże krążki, czy Amen Corner. Wróćmy jednak do „Hide from the Light”. Utwór tytułowy, otwierający album, to czysty Venom worship. Fakt ten jednak jest mocno mylący, gdyż w dalszej części płyty, owszem, pozostajemy w latach osiemdziesiątych i pierwszej fali black metalu, jednak wachlarz inspiracji z każdym kolejnym utworem się poszerza. Nie mam zamiaru rozbierać płyty na składniki pierwsze, bo to, mam nadzieję, zrobicie sobie sami gdy sięgniecie po te nagrania. A warto, bo ma on naprawdę dużo do zaoferowania. Nie tylko pod względem tempa, które balansuje, od kompozycji szybszych, jak wspomniany już „otwieracz”, po balladowe, śpiewne, prawie heavymetalowe piosenki pokroju „Where Love Ends In Blood”. Choć z tym heavy metalem, to musicie mieć na uwadze, że mam tutaj na myśli bardziej klimaty Kinga Diamonda niż, dajmy na to, Manowar. Trzeba przyznać, że wzorem Duńczyka, nie brak tej muzyce swoistej teatralności, czego przykładem bardzo mroczny (w starym stylu) „Lord of Flies”, utwór totalnie prosty, a jakże wciągający. Ba, wciągający jak i cała płyta, bo naprawdę, dla tych, którzy dorastali przy klimatach lat osiemdziesiątych (a chwilami mamy tutaj nawet wycieczki w dziesięciolecie wcześniejsze) jest to prawdziwy wehikuł czasu. Wsłuchajcie się w te solówki, zwróćcie uwagę, jak genialnie, w zależności od nastroju kompozycji operuje głosem Sucoth Benoth, jak kurewsko staroszkolnie chodzą tu gitary, i jak pięknie wybrzmiewa wychodzący często na pierwszy plan bas. Poezja w czystej postaci. A jak jeszcze dodamy do tego teksty, traktujące o Szatanie i tematach pobocznych w sposób na wskroś staroszkolny, to ja nie mam najmniejszych pytań. No OK., ale jaka jest różnica między Camos, a dziesiątkami młodych kapel grających dziś w stylu retro, zapytacie? Zasadnicza. Brazylijczycy nie muszą niczego udawać, odkrywać dyskografii klasycznych i kultowych dziś zespołów na nowo, bowiem oni w tamtych czasach karmili się tymi dźwiękami na bieżąco, a ich muzyczna osobowość została naturalnie wykształcona przez nieco tylko starszych kolegów po fachu. I to bardzo na tym krążku słychać, tą nieudawaną naturalność. Myślę, że jest ona zarówno zaletą, jak i wadą. Dlatego, że niektórzy, młodsi adepci black metalu, mogą uznać te nagrania za zbyt geriatryczne czy staroświeckie. Odnosząc się jednak do realiów sprzed czterdziestu lat, żaden z tych zarzutów nie ma racji bytu. Camos nagrali album totalnie na zasadach, które pamiętają z młodości. Album, który nie jest tak ekstremalny jak dzisiejszy, czy nawet drugofalowy black metal. Ale on taki wcale być nie miał. To black metal jaki pamiętamy jeszcze z czasów na długo „przed Fenrizem”. Dla mnie prawdziwa rewelacja i album na wiele długich wieczorów. Sprawdzać!

- jesusatan


To już niemłoda kapela, ponieważ założona została w dwutysięcznym roku, a w skład jej weszli weterani brazylijskiej sceny między innymi frontman legendarnego Amen Corner. Ci czterej panowie jako Camos nie nagrali zbyt dużo, bo to tylko trzy dema, epka i razem z „Hide From The Light” dwa albumy, ale to w sumie nie jest ważne. Istotne jest to, co znajduje się na tym krążku, który jest oryginalną fuzją kilku podejść do metalowego rzępolenia w klimatach black metalowych. Ogólnie rzecz biorąc można określić muzykę tego kwartetu jako zlepek black i heavy metalu, leczy byłoby to zbyt duże uproszczenie, gdyż dzięki wielu elementom, które funkcjonują w ich kompozycjach wymyka się on z tej kategorii. Dzieje się tak, ponieważ oprócz klasycznych i przybrudzonych, thrashowych riffów, które zalatują manierą Venom, otrzymujemy za pośrednictwem tej płyty także sporo klimatycznych zagrywek w postaci akustycznych przygrywek, mrocznych melodii rodem z horroru, porywających i ponurych solówek oraz diabolicznych wokali wspomnianego na wstępie Sucoth’a Benoth’a. Pal licho twarde i dość ciężkie jak ta ten typ muzykowania brzmienie podbite przez nieco surową sekcję rytmiczną. Kluczowym jest fakt jak różnorodną atmosferę zawiera w sobie „Hide From The Light”, bo w zmiennym kostkowaniu, tempach i chwytliwościach tu występujących odnaleźć można wiele znanych i lubianych wpływów, dzięki którym świetnie się słucha tego w gruncie rzeczy niezbyt łatwego krążka, bowiem Camos wykorzystując pewne wzorce stworzyli coś czemu trzeba poświęcić trochę uwagi, aby ogarnąć ten koktajl. Do brudnych black-heavy akordów nie bali się dołożyć progresywnych odjazdów w stylu późniejszego Celtic Frost. Nie cofnęli się przed melodyjnością i teatralnością na podobę Master’s Hammer jak i nie cykali się o to, że chwilami ich kawałki skręcać będą w stronę Mercyful Fate. W dupie mieli, że niektóre rozwiązania będą trącić estradowością Rob’a Zombie czy przypominać swoim wydźwiękiem popisy znane z shock-rocka Alice Cooper’a. No i wreszcie nie umierali ze strachu, aby kilka harmonijnych wstawek, wyraźnie zalatujących Bliskim Wschodem nie stanowiło ukłonu do gotyckich produkcji. Wszystko sprytnie ze sobą scalone zaowocowało ciekawymi i przytłaczającymi utworami o chwilami dużym ładunku mistycznym i psychodelicznym, ale także pomimo surowego ich charakteru sprawną grą na instrumentach tej czwórki Brazylijczyków. Bardzo interesująca muzyka, której nie wypada mi Wam nie polecić.

shub niggurath





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz