Camos
„Hide from the Light”
Murder Rec. 2024
Mimo iż “Hide from the Light” jest dopiero drugim
krążkiem Camos, historia zespołu ma swoje początku ćwierć wieku temu.
Brazylijczycy nagrali trzy demówki, EP-kę oraz debiutancki album „Kaim 666”, by
chwilę później zapaść w dziewięcioletni sen. Jednak na efekt re-unionu i tak
musieliśmy poczekać kolejnych kilka lat, może dlatego, że w międzyczasie
panowie (całkiem już zresztą leciwi) zajęci byli innymi projektami, choćby Thou
Shall Not, z którym zarejestrowali dwa duże krążki, czy Amen Corner. Wróćmy
jednak do „Hide from the Light”. Utwór tytułowy, otwierający album, to czysty
Venom worship. Fakt ten jednak jest mocno mylący, gdyż w dalszej części płyty,
owszem, pozostajemy w latach osiemdziesiątych i pierwszej fali black metalu,
jednak wachlarz inspiracji z każdym kolejnym utworem się poszerza. Nie mam
zamiaru rozbierać płyty na składniki pierwsze, bo to, mam nadzieję, zrobicie
sobie sami gdy sięgniecie po te nagrania. A warto, bo ma on naprawdę dużo do
zaoferowania. Nie tylko pod względem tempa, które balansuje, od kompozycji
szybszych, jak wspomniany już „otwieracz”, po balladowe, śpiewne, prawie
heavymetalowe piosenki pokroju „Where Love Ends In Blood”. Choć z tym heavy
metalem, to musicie mieć na uwadze, że mam tutaj na myśli bardziej klimaty
Kinga Diamonda niż, dajmy na to, Manowar. Trzeba przyznać, że wzorem Duńczyka,
nie brak tej muzyce swoistej teatralności, czego przykładem bardzo mroczny (w
starym stylu) „Lord of Flies”, utwór totalnie prosty, a jakże wciągający. Ba,
wciągający jak i cała płyta, bo naprawdę, dla tych, którzy dorastali przy
klimatach lat osiemdziesiątych (a chwilami mamy tutaj nawet wycieczki w
dziesięciolecie wcześniejsze) jest to prawdziwy wehikuł czasu. Wsłuchajcie się
w te solówki, zwróćcie uwagę, jak genialnie, w zależności od nastroju
kompozycji operuje głosem Sucoth Benoth, jak kurewsko staroszkolnie chodzą tu
gitary, i jak pięknie wybrzmiewa wychodzący często na pierwszy plan bas. Poezja
w czystej postaci. A jak jeszcze dodamy do tego teksty, traktujące o Szatanie i
tematach pobocznych w sposób na wskroś staroszkolny, to ja nie mam
najmniejszych pytań. No OK., ale jaka jest różnica między Camos, a dziesiątkami
młodych kapel grających dziś w stylu retro, zapytacie? Zasadnicza. Brazylijczycy
nie muszą niczego udawać, odkrywać dyskografii klasycznych i kultowych dziś
zespołów na nowo, bowiem oni w tamtych czasach karmili się tymi dźwiękami na
bieżąco, a ich muzyczna osobowość została naturalnie wykształcona przez nieco
tylko starszych kolegów po fachu. I to bardzo na tym krążku słychać, tą
nieudawaną naturalność. Myślę, że jest ona zarówno zaletą, jak i wadą. Dlatego,
że niektórzy, młodsi adepci black metalu, mogą uznać te nagrania za zbyt
geriatryczne czy staroświeckie. Odnosząc się jednak do realiów sprzed
czterdziestu lat, żaden z tych zarzutów nie ma racji bytu. Camos nagrali album
totalnie na zasadach, które pamiętają z młodości. Album, który nie jest tak
ekstremalny jak dzisiejszy, czy nawet drugofalowy black metal. Ale on taki
wcale być nie miał. To black metal jaki pamiętamy jeszcze z czasów na długo
„przed Fenrizem”. Dla mnie prawdziwa rewelacja i album na wiele długich
wieczorów. Sprawdzać!
-
jesusatan
To
już niemłoda kapela, ponieważ założona została w dwutysięcznym roku, a w skład
jej weszli weterani brazylijskiej sceny między innymi frontman legendarnego
Amen Corner. Ci czterej panowie jako Camos nie nagrali zbyt dużo, bo to tylko
trzy dema, epka i razem z „Hide From The Light” dwa albumy, ale to w sumie nie
jest ważne. Istotne jest to, co znajduje się na tym krążku, który jest
oryginalną fuzją kilku podejść do metalowego rzępolenia w klimatach black metalowych.
Ogólnie rzecz biorąc można określić muzykę tego kwartetu jako zlepek black i
heavy metalu, leczy byłoby to zbyt duże uproszczenie, gdyż dzięki wielu
elementom, które funkcjonują w ich kompozycjach wymyka się on z tej kategorii.
Dzieje się tak, ponieważ oprócz klasycznych i przybrudzonych, thrashowych
riffów, które zalatują manierą Venom, otrzymujemy za pośrednictwem tej płyty
także sporo klimatycznych zagrywek w postaci akustycznych przygrywek, mrocznych
melodii rodem z horroru, porywających i ponurych solówek oraz diabolicznych
wokali wspomnianego na wstępie Sucoth’a Benoth’a. Pal licho twarde i dość
ciężkie jak ta ten typ muzykowania brzmienie podbite przez nieco surową sekcję
rytmiczną. Kluczowym jest fakt jak różnorodną atmosferę zawiera w sobie „Hide
From The Light”, bo w zmiennym kostkowaniu, tempach i chwytliwościach tu
występujących odnaleźć można wiele znanych i lubianych wpływów, dzięki którym
świetnie się słucha tego w gruncie rzeczy niezbyt łatwego krążka, bowiem Camos
wykorzystując pewne wzorce stworzyli coś czemu trzeba poświęcić trochę uwagi,
aby ogarnąć ten koktajl. Do brudnych black-heavy akordów nie bali się dołożyć
progresywnych odjazdów w stylu późniejszego Celtic Frost. Nie cofnęli się przed
melodyjnością i teatralnością na podobę Master’s Hammer jak i nie cykali się o
to, że chwilami ich kawałki skręcać będą w stronę Mercyful Fate. W dupie mieli,
że niektóre rozwiązania będą trącić estradowością Rob’a Zombie czy przypominać
swoim wydźwiękiem popisy znane z shock-rocka Alice Cooper’a. No i wreszcie nie
umierali ze strachu, aby kilka harmonijnych wstawek, wyraźnie zalatujących
Bliskim Wschodem nie stanowiło ukłonu do gotyckich produkcji. Wszystko sprytnie
ze sobą scalone zaowocowało ciekawymi i przytłaczającymi utworami o chwilami dużym
ładunku mistycznym i psychodelicznym, ale także pomimo surowego ich charakteru
sprawną grą na instrumentach tej czwórki Brazylijczyków. Bardzo interesująca
muzyka, której nie wypada mi Wam nie polecić.
shub
niggurath

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz