Nightbearer
„Defiance”
Testimony
Rec. 2025
„Defiance” to już trzeci album Niemców. Piszę „już”,
bo jakoś drugi pełniak mi po drodze umknął. Nie żebym z tego powodu płakał. Debiut
był przyzwoity, lecz do bólu przewidywalny. Zajrzyjmy zatem, czy coś się
zmieniło. Niemcy grają szwedzki death metal. Cóż, nie są w swoim kraju
wyjątkiem, lecz chyba po dziś dzień najlepszymi spadkobiercami północnych
tradycji za naszą zachodnią granicą są panowie z Fleshcrawl, zwłaszcza ich najwcześniejsze
krążki. Natomiast ze szwedzkim metalem śmierci, gatunkiem z bardzo długą brodą,
jest jak ze śpiewaniem, każdy grać może, jeden lepiej, drugi gorzej.
Nightbearer trochę fałszują, choć nie przez cały czas. Zacznijmy od tego, co mi
się zgadza. Brzmienie, nawiązujące mocno do oryginału, z charakterystycznym dla
Boss’a HM-2W piachem. Zgadza mi się część riffów, bezpośrednio nawiązujących do
spuścizny Entombed. Niezłe są też partie d-beatowe, może i oklepane, lecz dla
miłośników gatunku, tych nigdy za wiele. Nie mam się też co przyczepiać do
wokali, acz fajerwerków w tym zakresie raczej nie ma, ot, taki standardowy
growl. Co jest nie tak? Trochę więcej. Przede wszystkim melodie. Za dużo ich
tutaj. Albo inaczej, melodie są potrzebne, ale do chuja pana, takie grobowe,
śmierdzące cmentarzem i zgnilizną, a nie podniosłymi (i to jeszcze czasem
podkreślanymi klawiszowo), epickimi tematami. Proszę sobie dla przykładu
posłuchać choćby wstępu do dziewięciominutowego „Ascension”. Nie dość, że
cholernie to podniosłe, to jeszcze okraszone akustycznym plumkaniem.
Podejrzewam, że przy tej okazji grał panom w głowie Opeth, ale gdzie Rzym a
gdzie Krym? To nie jest dath metal! Rozumiem, że Niemcy nie trzymają się ram
gatunku niczym nasi politycy stołków, czego dowodem wiele harmonii bardziej
black niż deathmetalowych, nie mniej zresztą mdłych od słodzizny, ale jeśli
postanowili kombinować, to moim zdaniem poszli zupełnie nie moją ścieżką.
„Defiance” tak w zasadzie jest albumem, na którym każdy kolejny numer coraz
bardziej nudzi i coraz mniej ma wspólnego z gatunkiem, który teoretycznie
powinien być tutaj kręgosłupem. Osobną sprawą są solówki. Nie wiem, może
panowie chcieli udowodnić, że grać potrafią i stają się z roku na rok lepszymi
muzykami, jednak owe (podkreślać jeszcze raz słowem „słodkie”?) popisy naprawdę
nie wnoszą do całości niczego dobrego. Album wieńczy „Until We Meet Again”,
utwór z tak radosnym riffem (słuchało się In Flames „Subterranean”, co?), że ja
jednak podziękuję i na rzeczone spotkanie nie przyjdę. Chyba nie mam po co.
Swoją przygodę z Nightbearer uważam za zakończoną. Jak ktoś lubi udawany death
metal do potańczenia, czy poprzytulania się z dziewczyną, to niech łapie. Ja
jestem za stary na takie numery.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz