Formis
„Bestiarius”
Defense Rec. / Maximed Rec. 2025
Formis to formacja istniejąca już od dość dawna, jako
iż pierwsze kroki stawiali piętnaście lat temu. Stawiali je zdecydowanie i bez
wahania, bowiem dyskografia zespołu zawiera tylko i wyłącznie pełne albumy. A
jest ich razem do kupy pięć, wliczając najnowszy, który to ukazał się chwilkę
temu, po raz kolejny już nakładem naszej rodzimej Defense Records (choć tym
razem także przy udziale czeskiej Maximed Records). Przyznam się szczerze, że
poza poprzedniczką, czyli „Pogromca”, piosenki tych bardów znam bardzo
pobieżnie. Odnosić się zatem do przeszłości nie zamierzam, a skupię na tym, co
przez circa pół godziny panowie oferują na „Bestiarius”. Materiał ten to w
sumie coś, czego szukałem będąc jeszcze we wczesnej podstawówce. Chodziłem
wówczas, zafascynowany Katem, po sklepach muzycznych, dopytując czy mają jakąś
muzę thrash czy death metalową, ale żeby śpiewali po polsku. Był to czas, kiedy
jeszcze nie wiedziałem, co to są ziny, z których to taka wiedzę mógłbym
czerpać. Gdybym w tamtym okresie usłyszał płytę pokroju „Bestiarius”, to bym
chyba obesrał majty po same pachy. Chłopaki bowiem, mimo iż, co podkreślam,
płyta ta ukazała się w roku dwa tysiące dwudziestym piątym, utknęli w późnych
latach osiemdziesiątych, góra początku dekady następnej. I to nie tylko pod
względem samej muzyki, która to chwilami brzmi jak wczesny Dragon (a „Horda
Goga” to ja kocham bezgranicznie), ale i samego brzemienia, prostoty tekstów
czy antykomercyjnego podejścia do twórczości. Bo, przyznajmy to szczerze, tego
typu granie ma minimalne szanse na szersze wybicie się we współczesnych
realiach. Za to potrafi do szpiku kości poruszyć ludzi, którzy metryką oscylują
w okolicach półwiecza. Mógłbym tu wspominać o koncepcie płyty, która to skupia
się na demonologii słowiańskiej, czy też gościach, którzy to użyczyli swojego
głosu przy okazji nagrywanie tego krążka (a było ich aż pięciu), ale, kurwa, po
co? Ten materiał, nawet bez takich haseł reklamowych broni się wyśmienicie. Bo
to jest kawał dojebanego, starego thrash / death metalu. Może i brzmiący pod
pewnymi względami kapkę nowocześnie (nie, żebym sobie zaprzeczał, bo chodzi mi
jedynie o to, że chwilami mam wrażenie triggerowania sekcji rytmicznej), lecz
będący esencją tego, na czym dorastałem i czym polski metal stał grubo ponad
trzydzieści lat temu. A biorąc pod uwagę, że materiał ten został wydany
naprawdę ciekawie (grafiki, niby oszczędne, ale ściśle związane z koncepcją
ogółu), to mając na półce „Bastiarius” czuję się szczęśliwym człowiekiem.
Polecam te nagrania, nie tylko dinozaurom, bo są naprawdę niezłe.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz