Ominous
Ruin
„Requiem”
Willowtip
Rec. 2025
Są tacy, którzy, gdy tylko zobaczą, że napisałem
tekst o Ominous Ruin, będą wiedzieli co zawiera. Oj, panowie, czasem można się
trochę zdziwić. No ale nie w tym przypadku. Po co w ogóle sięgnąłem po
techniczny, brutalny death metal? Trochę z sentymentu, bo swojego czasu pierwsze
krążki Origin czy Wormed chwilę pokręciły się w moim odtwarzaczu. Jak taka
muzyka broni się po latach? No dla mnie nie broni się wcale. Leży na glebie i
kwiczy. Zacznę od sprawy oczywistej, która to dyskwalifikuje „Requiem” jako
coś, co mogło by mnie zainteresować. Brzmienie. Możecie mnie przypalać, polewać
wrzątkiem, ale nigdy nie pokocham takiej sterylności i wszechobecnego triggera.
I nie mam na myśli „triggera” dosłownie, bo może i faktycznie koleś grać
potrafi, lecz ten styl gry na perkusji z brzmieniem rodem z porodówki. Jeszcze
zanim faktycznie pojawiły się takie możliwości, twierdziłem, że jest to muzyka
z generatora (dziś mówi się „stworzona przez AI”). Dla mnie każdy kolejny
kawałek na tym albumie jest wręcz wkurwiająco schematyczny, przewidywalny i
nużący. Podobnie jak wokale, którym teoretycznie nic nie brakuje, lecz sposób
śpiewania, idealnie co prawda współgrający w tym przypadku z serwującymi swoje
połamane akordy gitarami i wspomnianą już sekcją rytmiczną, kompletnie do mnie
nie trafia. Owszem, jestem w stanie docenić kunszt i umiejętności muzyków. Nie
sposób też odmówić im konsekwencji. Stąd też jestem w stanie zrozumieć, że
określonemu gronu odbiorców nowy krążek Ominous Ruin sprawi wiele radości. Bo
obiektywnie rzecz ujmując na pewno w swojej klasie stoi bardzo wysoko. Jeżeli
techniczna sieczka, pełna łamania akordów, popisowych solówek i wszechobecnych
blastów to wasza nisza, to sięgajcie po ten album bez zadawania pytań. Ja sobie
wrócę do mojego bagna, bo myję się od święta i takie sterylne dźwięki wywołują
u mnie mdłości.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz