Hostia
„Razorblade
Psalm”
Independent 2025
Hostia to zespół chyba już dość szeroko
rozpoznawalny. Panowie nagrali dotychczas trzy duże płyty, wydane głównie
nakładem Deformeathing Productions, oraz pograli trochę koncertów po całym
kraju, co zapewne przysporzyło im sporą grupę wyznawców. Przy okazji nowego
materiału postanowili się najwyraźniej usamodzielnić, bowiem „Razorblade Psalm”
ukazał się właśnie w formie wydawnictwa niezależnego. Przyznać muszę, że bardzo
czekałem na ten materiał, bowiem, głównie na naszej ziemi, niewiele jest
zespołów, które potrafią napierdalać tak konkretny death / grind jak wspomniana
czwórka. Nowych piosenek jest szesnaście, i zamykają się w dwudziestu trzech
minutach. Zatem o tym, że jest tu bardzo intensywnie nikogo przekonywać nie
muszę. Że jest w chuj mocno, raczej też nie. W zasadzie album ten to w
przeważającej większości wkurwiony blast i mechaniczne, utrzymane w bardzo
klasycznym grindowym klimacie riffowanie. Zresztą każdy, kto zespół zna,
doskonale wie, że chłopaki czerpią bezpośrednio ze spuścizny Terrorizer czy
Napalm Death, by wymienić jedynie tych największych. Pytanie można sobie zatem
zadać, czy jest na tym krążku coś, czego Hostia jeszcze nie zagrała. Odpowiedź
brzmi: nie. Tak na dobrą sprawę jest to twórczość bardzo szczelnie okopana we
wspomnianych kanonach, i jedynie kwestią gustu jest, czy chcemy po raz kolejny
słuchać wariacji na podobny temat. W moim odczuciu „Razorblade Psalm” posiada
zarówno zalety, jak i wady. Zacznijmy od tych pierwszych. Niewątpliwie
podstawową z nich jest moc tej muzyki. Tutaj naprawdę nie ma litości, a jedyną
chwilą na złapanie krótkiego oddechu są przerwy między poszczególnymi,
standardowo krótkimi, kawałkami. Idealnie też to wszystko brzmi, masywnie i
organicznie, tak by każdą piącha lądująca na naszym nosie powodowała silne
krwawienie. Bezapelacyjnie mocny jest też wokal, rzygający antykościelnymi
treściami z intensywnością wściekłego psa. Niekiedy zdawać by się mogło, że
jest dość monotonny, albo schematyczny, choć nie brak tutaj miejscowych
dialogów na dwa głosy. Cóż, w tego typu twórczości ciężko jednak o
eksperymenty, zarówno wokalne jak i czysto muzyczne. Do minusów zaliczył bym z
kolei mniejszą niż dotychczas „przebojowość”, o ile takie słowo jest tutaj na
miejscu. Może to dobrze, że całość jest niezwykle równa, jednak trochę brakuje
mi na tym wydawnictwie z dwóch – trzech strzałów w pysk, których tytuły byłyby
skandowane pod sceną przy okazji kolejnych koncertów Hostii. Dlatego też w
pełni zrozumiem, jeśli ktoś będzie kręcił nosem, że oto Hostia zaczęła zżerać
swój ogon. Natomiast maniacy ich twórczości złapią ten krwawy ochłap,
rozszarpią przed połknięciem, po czym podniosą łeb w oczekiwaniu na kolejny.
Ja, mimo wspomnianych drobnych mankamentów, jestem usatysfakcjonowany.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz