piątek, 9 maja 2025

Recenzja Hostia „Razorblade Psalm”

 

Hostia

„Razorblade Psalm”

Independent 2025

Hostia to zespół chyba już dość szeroko rozpoznawalny. Panowie nagrali dotychczas trzy duże płyty, wydane głównie nakładem Deformeathing Productions, oraz pograli trochę koncertów po całym kraju, co zapewne przysporzyło im sporą grupę wyznawców. Przy okazji nowego materiału postanowili się najwyraźniej usamodzielnić, bowiem „Razorblade Psalm” ukazał się właśnie w formie wydawnictwa niezależnego. Przyznać muszę, że bardzo czekałem na ten materiał, bowiem, głównie na naszej ziemi, niewiele jest zespołów, które potrafią napierdalać tak konkretny death / grind jak wspomniana czwórka. Nowych piosenek jest szesnaście, i zamykają się w dwudziestu trzech minutach. Zatem o tym, że jest tu bardzo intensywnie nikogo przekonywać nie muszę. Że jest w chuj mocno, raczej też nie. W zasadzie album ten to w przeważającej większości wkurwiony blast i mechaniczne, utrzymane w bardzo klasycznym grindowym klimacie riffowanie. Zresztą każdy, kto zespół zna, doskonale wie, że chłopaki czerpią bezpośrednio ze spuścizny Terrorizer czy Napalm Death, by wymienić jedynie tych największych. Pytanie można sobie zatem zadać, czy jest na tym krążku coś, czego Hostia jeszcze nie zagrała. Odpowiedź brzmi: nie. Tak na dobrą sprawę jest to twórczość bardzo szczelnie okopana we wspomnianych kanonach, i jedynie kwestią gustu jest, czy chcemy po raz kolejny słuchać wariacji na podobny temat. W moim odczuciu „Razorblade Psalm” posiada zarówno zalety, jak i wady. Zacznijmy od tych pierwszych. Niewątpliwie podstawową z nich jest moc tej muzyki. Tutaj naprawdę nie ma litości, a jedyną chwilą na złapanie krótkiego oddechu są przerwy między poszczególnymi, standardowo krótkimi, kawałkami. Idealnie też to wszystko brzmi, masywnie i organicznie, tak by każdą piącha lądująca na naszym nosie powodowała silne krwawienie. Bezapelacyjnie mocny jest też wokal, rzygający antykościelnymi treściami z intensywnością wściekłego psa. Niekiedy zdawać by się mogło, że jest dość monotonny, albo schematyczny, choć nie brak tutaj miejscowych dialogów na dwa głosy. Cóż, w tego typu twórczości ciężko jednak o eksperymenty, zarówno wokalne jak i czysto muzyczne. Do minusów zaliczył bym z kolei mniejszą niż dotychczas „przebojowość”, o ile takie słowo jest tutaj na miejscu. Może to dobrze, że całość jest niezwykle równa, jednak trochę brakuje mi na tym wydawnictwie z dwóch – trzech strzałów w pysk, których tytuły byłyby skandowane pod sceną przy okazji kolejnych koncertów Hostii. Dlatego też w pełni zrozumiem, jeśli ktoś będzie kręcił nosem, że oto Hostia zaczęła zżerać swój ogon. Natomiast maniacy ich twórczości złapią ten krwawy ochłap, rozszarpią przed połknięciem, po czym podniosą łeb w oczekiwaniu na kolejny. Ja, mimo wspomnianych drobnych mankamentów, jestem usatysfakcjonowany.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz