czwartek, 8 stycznia 2026

Recenzja Sardonic Allegiance „Coast II”

 

Sardonic Allegiance

„Coast II”

Independent 2026

Sardonic Allegiance to duet pochodzący z Holandii. Panowie debiutowali już dość dawno, bowiem półtorej dekady temu, EP-ką „Germania Inferior”. Rok temu wydali kolejną, „Coast I”, by teraz po raz trzeci zaEPkować z „Coast II”. Jako iż jest to materiał krótki, postanowiłem zrobić z nim mały sparring, lecz szybko okazało się, że to jednak nie jest przeciwnik z mojej kategorii wagowej. Jeśli dodam, że żaden ze mnie Herkules, to możecie się już domyślać, iż rewelacji po tych czterech kompozycjach oczekiwać nie możecie. Panowie tworzą black metal. Taki, szczerze mówiąc, bez Diabła. Ugrzeczniony, melodyjny i nad wyraz uczesany. Najczęściej przewijającymi się, zauważalnymi inspiracjami, jest Emperor, ale raczej ten z późniejszego okresu, powiedzmy okolic „IX Equilibrium”. Ponadto sporo w tych melodiach klimatu Dark Funeral, znów z okresu, kiedy to zespół ten zaczynał już zjadać własny ogon i stawał się bardziej parodią, niż czymś wartym uwagi. Chwilami można też odnieść się bezpośrednio do Dimmu Borgir (i, znów, nie będzie to okres „For All Tid” / „Stormblast”). Panowie bardzo wyraźnie starają się zatem czerpać ze Skandynawii, głównie z wzorców norweskich, i wychodzi im to nawet zgrabnie. Szkoda tylko, że wzrok skierowali na lata dwutysięczne, kiedy to ów black metal stawał się coraz bardziej rozwodniony i przyjazny słuchaczowi. Drażnią mnie te słodkawe, radosne wręcz melodyjki (no weźmy choćby pod lupę początek ostatniego na play liście „Prodigious Night (The Serceress)”, to jest black metal czy wiejska potańcówka?), klawiszowe podkłady, a przede wszystkim drażni mnie brzmienie, nie mające z erą piwniczną kompletnie nic wspólnego. Perkusja (choć nie do końca jestem pewien, czy za zestawem siedziała istota żywa, obstawiałbym raczej automat) to jest jakaś tragedia. Polerka i szpitalny spirytus. Gdybym był złośliwy, to kusiłbym się o kilka konkretniejszych przytyków (na przykład wskazał palcem, który riff z której płyty został podpierdolony), ale zdaję sobie sprawę, że nawet takie niezbyt oryginalne granie ma swoich amatorów. Jeśli zatem black metal z okolic roku dwutysięcznego, i wymienione powyżej zespoły w stadium przekwitu są waszą filiżanką herbaty, to pewnie i „Coast II” przypadnie wam do gustu. Ja stąd spadam, bo istnieje uzasadniona obawa, że się porzygam.

- jesusatan



Recenzja Mütiilation „Pandemonium of Egregores”

 

Mütiilation

„Pandemonium of Egregores”

Osmose Productions 2025

Widać, że Mütiilation zadomowiło się w Osmose Produktions, bo najnowszą płytę tej kapeli, tak jak poprzednią, wydaje właśnie ten francuski label. To już ósma, pełnometrażowa odsłona talentu tego chyba najbardziej znanego przedstawiciela The Black Legions, który odznaczał się swym ortodoksyjnym podejściem do tworzenia surowego black metalu. Tak też było na ostatnim jego krążku, który choć nagrany krystalicznie, podtrzymywał trend pomysłów na szaloną i szorstką diabelszczyznę. Ci, którzy spodziewają się kontynuacji brudnej i bestialskiej muzyki, sięgając po „Pandemonium of Egregores”, mogą się nieco rozczarować, ponieważ tym razem Meyhna’ch postanowił ukazać światu swoje bardziej ugrzecznione oblicze. Brzmieniowo jest tutaj cały czas czysto, twardo i lodowato. Zmienił się natomiast charakter riffów oraz ich melodyjność. Materiał płynie głównie w średnim tempie, częstując uspokajającymi i wręcz refleksyjnymi harmoniami, które kierują się momentami w zamaszyście epickie rejony na podobę późniejszego Immortal. Gdy robi się chłodniej i zaczyna zawiewać piwnicą, kompozycję zdają się przypominać swą rytmiką podejście Hellhammer, a gdy przyspieszają, zamieniając się w chmurne i dość siarczyste tremolando, wskazują na ukłon w stronę klasycznej norweszczyzny z początku lat dziewięćdziesiątych. Jednakże całościowy wydźwięk „Pandemonium of Egregores” jest w stosunku do wcześniejszych produkcji Mütiilation, jednoznacznie „milszy” dla ucha i co za tym idzie łatwiejszy w odbiorze. Jawi się jako spokojniejsza i przystępniejsza wersja black metalu, która dla niektórych może wydawać się dojrzalsza, a dla innych po prostu jako gwałtowne spuszczenie z tonu i mrugnięcie okiem w stronę szerszej widowni. Zatwardziali black metalowcy nie powinni jednak skreślać tej pozycji, bowiem pomimo łagodniejszej formy, wydawnictwo to niesie ze sobą spory ładunek negatywnych emocji, które wyraźnie słychać w warstwie wokalnej jak i brzmieniowej. To mroczna i jednocześnie sentymentalna przypowieść muzyka, który zdążył już coś przeżyć i spogląda na otaczającą go rzeczywistość trochę w inny sposób niż kilkanaście lat temu. Warto sprawdzić.

shub niggurath




środa, 7 stycznia 2026

Recenzja Putriditium „Fatal Offences”

 

Putriditium

„Fatal Offences”

Iron, Blood and Death Corporation 2025

Putriditium to całkiem nowy twór, który na dobrą sprawę nie miał jeszcze okazji zaznaczyć swojego bytu na scenie, bo za takowe trudno uznać jedyne demo, wypuszczone w roku dwudziestym trzecim, które zapewne słyszała garstka wybranych. A zespół to, mimo iż działający krótko, wcale nie składający się z muzycznych nowicjuszy, bowiem tworzący go duet ma, sięgające dość daleko w przeszłość, konotacje z takimi aktami jak Unholy czy Kurnugia (Ha! Zastanawiam się, czy ktoś to w ogóle pamięta!). Zatem dwaj starzy wyjadacze, po latach znajomości, postanowili założyć wspólnie jakiś projekt, który zgłębiałby meandry staroszkolnego śmierć metalu. I oto mamy Putriditium, i ich pełnometrażowy debiut nakładem meksykańskiego labelu. Jest to nieco ponad pół godziny death metalu (tak, o tym już wspomniałem) o niezbyt wyszukanym kształcie. Tym bardziej nie płynącego ze współczesnym, wymuskanym trendem, raczej stojącego w zdecydowanej do niego opozycji. Jest to death metal na wskroś obleśny, prymitywny, ociekający posoką i wijącymi się w gnijącej tkance larwami. Panowie grają dość schematycznie. To znaczy, głównie w tempie średnio – wolnym, budując swoje kompozycje na kilku zapętlonych, masywnych akordach, między które jedynie miejscami wrzucą jakąś melodię na drugim planie. Te sześć kawałków bardziej przypomina jakiś neandertalski rytuał w jaskini niż wirtuozerski pokaz umiejętności, co oczywiście nie oznacza, że muzycy się na swoich instrumentach nie znają. Owa prostota jest jak najbardziej zamierzona, bowiem Putriditium nie ma się, jak zakładam, „podobać”. Ma szerzyć obrzydzenie i zgniliznę, którą współczesny świat i tak jest przesiąknięty. Dudniące beczki, nisko strojone gitary, bulgoczący dość monotonnie (na zasadzie jakiegoś topielca, tudzież dopiero co powstałego z grobu zombie) wokal, i ta beznamiętna motoryka, przypominająca często proces wbijania w ziemię olbrzymich pali. Do tego bardzo zatęchłe, gęste brzmienie, przy którym można poczuć się, jakby ktoś nas zamknął w trumnie i zakopał. Prostota w przypadku Putriditium  jest w pełni uzasadniona, a cel obrany przez muzyków został, według mnie, w stu procentach osiągnięty. Chcecie trochę bagiennego bulgotania i oparów rozkładu? No to na co jeszcze czekacie? Sprawdzajcie „Fatal Offences”!

- jesusatan




wtorek, 6 stycznia 2026

Recenzja Büddah „Amyotrophy”

 

Büddah

„Amyotrophy”

Godz ov War 2026

Od debiutanckiej EP-ki Büddah, która, mówiąc szczerze, absolutnie mnie nie powaliła, minęły trzy lata. W międzyczasie widziałem zespół dwukrotnie na koncercie, i mimo lokalnego patriotyzmu, nie widziałem w tym tworze przesadnego potencjału. Dlatego wielką niespodzianką było pojawienie się dużej płyty Bydgoszczan w… Godz ov War. Było nie było, wytwórni o określonej renomie, gwarantującej określony poziom swoich wydawnictw. Zanim jeszcze włączyłem „Amyotrophy”, zwróciłem uwagę na bardzo dobry obraz zdobiący front tego wydawnictwa, zresztą autorstwa założyciela zespołu, idealnie pasujący do tytułu. Przejdźmy jednak do konkretów czysto muzycznych. Już otwierający całość „Amyotrophy I” pokazuje, że Büddah to już nie ten sam zespół co przy okazji „The Curse of Ferrius”. W przeciągu pięciu i pół minuty, bo tyle trwa ten utwór, częstowani jesteśmy taką ilością pomysłów, dojrzałych pomysłów, trzeba nadmienić, że można doznać lekkiego opadu szczęki. Przy okazji można też wymienić kilka przychodzących do głowy nazw, i dziwnym trafem są to zespoły, które nie stroniły od łamania rytmów i oryginalnego kombinowania. Wspomnę jedynie Pestilence (ten z okolic trzeciej / czwartej płyty) oraz Sadus (choć to chyba głównie przez wychodzące na pierwszy plan linie basu), byście mieli jako taką orientację w terenie. W dalszej części płyty te dwa tematy niejednokrotnie powracają, aczkolwiek często przyprowadzając ze sobą całkiem inne towarzystwo. Büddah na swoim pełnoprawnym debiucie nie trzymają się sztywno, niczym małpa palmy, jednego stylu. Podobnie, nie powstrzymują się przed nagłymi zmianami tempa czy zaskakującymi, chwilami sprawiającymi wrażenie wręcz chaotycznych, przejściami z riffu w riff. Ciekawie jest też w sferze wokalnej, gdzie barwa głosu, oraz sposób ekspresji, niejednokrotnie mutują podobnie do podkładu muzycznego. Znajdziecie tu garść deathmetalowego pierdolnięcie, sporo śmiertelnej, bardziej technicznej melodii, thrashowego sznytu, odrobinę doomowego klimatu czy blackmetalowego mrozu. I żeby było jeszcze mniej szablonowo, kapkę dźwięków orientalnych w postaci interludium „Law of the Snake”. Przez te wariacje, muzyka zespołu nie jest prosta w odbiorze, i zdecydowanie nie da się jej przetrawić przy jednym podejściu. Z czasem jednak, gdy się już z tymi piosenkami przegryziemy, z pozornie „upaćkanego płótna” zaczyna wyłaniać się coraz to wyraźniejszy obraz. Obraz, niby popełniony znaną paletą barw, jednak na swój sposób oryginalny. Bo jednemu nie można zaprzeczyć. Czy wam ten album siądzie, czy też nie, Büddah są „jacyś”. Nie patrzą wyłącznie na dawno udeptane ścieżki, ale i też szukają swojej. Myślę, że „Amyotrophy” jest odważnym krokiem w dobrym kierunku. Dlatego też dziś moja wiara w lokalnych młodzików odżyła, i będę im mocno kibicował, bo tym razem w ich twórczości potencjał czuć! Mam nadzieję, że ich kolejne wydawnictwo udowodni, iż nie byłem w błędzie. Naprawdę ciekawa płyta.

- jesusatan




Recenzja Malignant Aura „Where All Of Worth Comes To Wither”

 

Malignant Aura

„Where All Of Worth Comes To Wither”

Memento Mori (2026)

Sporo na rynku tych kapel z członem „Malignant” w nazwie. Na tyle dużo, że podświadomie chce się je wrzucić do jednego wora i wrzucić z betonowymi bucikami na dno jeziora. W przypadku Malignant Aura argumentami przeciwdziałającemu wspomnianym wcześniej zamiarom było to, że nowy ich album wydaje lubiana przeze mnie, hiszpańska Memento Mori, oraz fakt, że pochodzą z Australii, a jak wiadomo – prawie wszystko co z Australii może Cię zabić. No i już pierwsze zderzenie z najnowszą propozycją Malignant Aura rozwiewa wątpliwości czy moja decyzja o uchronieniu ich przez betonowymi bucikami była słuszna czy nie. „Where All Of Woth Comes To Wither” otwiera mój deathmetalowy, 2026 rok z buta. 5 kawałków i 45 minut death/doomu jakiego na rynku ostatnio relatywnie mało od jakiegoś czasu dość regularnie gości na playliście. Zapomnijcie o nowomodnym gruzie, o growlu z otchłani, o generycznych, grobowych riffach, zlewających się w jedną bezkształtną masę. Malignant Aura w ani jednym momencie nie wpisuje się we współczesne trendy wolnogrobowego brzdękania. Inspiracji w tym przypadku szukałbym prędzej w dokonaniach wczesnego Runemagick, Paradise Lost, Druid Lord czy Hooded Menace, przy czy – jak wspomniałem – to raczej inspiracje, a nie kalkomania. Australijczycy oferują zaskakująco rozbudowane utwory, w których tempo zmienia się nader często, pierwiastek deathmetalowy jest dużo większy niż w rpzypadku w/w zespołów, a ucieczki w melancholijne melodie są tu sporadyczne i stanowią raczej fajne urozmaicenie iż są prominentnym środkiem wyrazu. Dominują co prawda miarowe, marszowe lub wolne rytmy, ale nie brakuje tu bezlitosnych przyspieszeń, niejednokrotnie puszczających oczko do Disembowelment. Zwraca uwagę bogactwo riffów i błyskotliwe solówki, które nigdy nie popadają w krzywy onanizm. Ewidentnie kłania się tutaj metalowa tradycja lat 80., a przede wszystkim 90. Szczególną wartość dodaną w przypadku tego wydawnictwa niesie produkcja – zaskakująco organiczna, surowa, jakby totalnie wyzbyta studyjnych trików i efekciarstwa. Kolejne akordy i takty przynoszą słuchaczowi bardzo szlachetne poczucie dźwiękowej brzydoty, swoistego archaizmu i pierwociny. Jest w tym jakaś soniczna prawda, metalowa korzenność, która nie stara się przypodobać każdemu miłośnikowi undergroundu. Jeśli ktoś lubi i rozumie czym jest underground ten szybko powinien się na tym albumie poznać i go docenić. Jak dla mnie wyśmienity album, możliwe, że jeden z najlepszych w katalogu Memento Mori. Nie przegapcie tego wydawnictwa, bo w tym przypadku jest to pełna rekomendacja i kandydat do końcoworocznych wspominek.

                                                                                                                                     Harlequin




poniedziałek, 5 stycznia 2026

Recenzja Scrüda „Extreme Speed Violence”

 

Scrüda

„Extreme Speed Violence”

Godz ov War 2026

Extreeeeme - speeeed - violeeenceeeee! Takim okrzykiem, stanowiącym jednocześnie tytuł nowej EP-ki Skrjudy, rozpoczyna się to wydawnictwo. Wydawnictwo bardzo krótkie, bowiem nie dobiegające czasowo nawet do dziesięciu minut, ale za to bardzo konkretne. To sześć szybkich strzałów w pysk. Prymitywnych, opartych na prostolinijnym riffowaniu, rodem ze złotej ery punka, zabarwionej blackmetalowy sznytem, i może kapką rock’and’rolla w ostrzejszym wydaniu. Zresztą jeden chuj, jakich gatunków się w tej muzyce doszukamy. Chłopaki są grajkami z gatunku „jedziemy ile fabryka dała”. W ich twórczości ciężko dopatrywać się jakichkolwiek technicznych wygibasów. Co ja mówię, wygibasów… Tutaj każdy akord jest ciężko ciosany, raczej maczetą niż skalpelem. Elokwencji w tych nagraniach tyle, co krasomówstwa w przemówieniach Trumpa. I w sumie jest to chyba bardzo odpowiednie porównanie, bo mógłbym powiedzieć stylem „Pomarańczowego” – kto napierdala, ten napierdala, a kto nie napierdala, ten nie napierdala. Scrüda napierdalają! Tworząc przy tym atmosferę idealną do totalnego szaleństwa. Przy takich numerach jak… a co ja będę wyliczał wszystkie sześć… Przy każdym z tej EP-y, ludzie powinni się totalnie pozabijać pod sceną. A potem jeszcze wyjść na zewnątrz i podpalić połowę miasta, w którym owa imba miałaby miejsce. Nie będę się rozpływał nad wściekłym wokalem, szorstkim brzmieniem, bo ogólny zarys tego, co na „Extreme Speed Violence” już macie, i chyba nikomu nie potrzebne dalsze instrukcje. Krótki materiał, to i krótki tekst. Dla mnie kwintesencja muzyki ekstremalnej będącej wysokopalnym crossoverem. Sylwestrowe fajerwerki to przy tym dziecinna zabawka. Ja tą kasetę chcę na półce! I będę często używał jak przyjdą goście. Wpierdol jak ta lala.

- jesusatan

Recenzja Void Monuments „Posthumous Imprecation”

 

Void Monuments

„Posthumous Imprecation”

Blood Harvest (2026)

 


Pochodzący z Sankt Petersburga kwintet Void Monuments choć na metalowej scenie działa od 2020 już zdążył dorobić się przerwy w działalności. Trochę dłużej przyszło czekać na debiutancki album Rosjan, ale „Posthumous Imprecation” sygnowany logiem szwedzkiej wytwórni Blood Harvest zawodu sprawić nie powinien. Wytwórnia reklamuje ich jako oldschoolowy death metal w stylu Malevolnet Creation, Sinister, The Chasm, Cenotaph czy Monstrosity i trochę prawdy w tym jest. Tyle, że moje wyobrażenie o muzyce Rosjan po przeczytaniu tego opisu trochę rozminęło się z rzeczywistością. Przede wszystkim muzyka Void Monuments brzmi na wskroś europejsko – zapomnijcie, że uraczy tu was thrashująca dynamika Malevolent Creation czy masywny, klasyczny metal śmierci od Monstrosity. W przypadku tych dwóch nazw punktem zbieżnym z twórcami „Posthumous Imprecation” są niektóre partie gitar – bardziej wysmakowane, klasyczne, precyzyjne, oferujące coś więcej niż grobową mielonkę, czy marszowe, batalistyczne tempo rodem z Bolt Thrower. Bo Bolt Thrower czy Benediction wydają się tu być jednymi z większych źródeł inspiracji, zwłaszcza jeśli chodzi o prowadzone tempo, sposób riffowania, kładzenie akcentu na groove i rytm. Rosyjska ekipa jest w tym całkiem solidna. Drugi aspekt to klimaciarskie i rozbudowane granko pod The Chasm i Cenotaph – wcale nie bezpodstawne porównanie w tym przypadku, bo zwolnień z mistycznie snującymi się gitarami kreującymi jakiś rodzaj muzycznego abstraktu trochę tutaj jest. Oczywiście nie jest to poziom ani Cenotaph ani The Chasm, bo Rosjanie grają prościej i oszczędniej, ale jest w tym jakość. Trzeci aspekt muzyki Void Monuments to współczesny, modny, oldschoolowy death metal jakiego na rynku całkiem sporo. W wydaniu Rosjan te fragmenty nie wyróżniają się absolutnie niczym – nie dają powodów do specjalnego narzekania komuś kto takie granie lubi, ale też nie wyróżniają się ponad jakiś solidny poziom. Nad całością nagrań unosi się charakterystyczny growl kojarzący się z Peterem z Vadera , który trochę odbiera całości tego grobowo-mistycznego charakteru akcentując bardziej rytmiczny aspekt wydawnictwa, co uważam akurat za atut tego wydawnictwa. Brzmieniowo też nie można się tu przyczepić do czegokolwiek. Ok, Blood Harvest w swoim katalogu ma bardziej wartościowe wypusty i ciekawsze kapele, ale debiut Void Monuments to kawał solidnego rzemiosła, które daje wiele podstaw, aby sądzić, że tych muzyków stać na stworzenie naprawdę ciekawych, mniej lub bardziej rozbudowanych, ale niebanalnych dźwięków. Zalążek jest, teraz tylko dbać o to co może być dalej. Warto posłuchać!

                                                                                                                                  Harlequin