wtorek, 20 lutego 2024

Recenzja Pestilength „Solar Clorex”

 

Pestilength

„Solar Clorex”

Debemur Morti Prod. 2024

Jakbym nie patrzył, w ostatnim czasie, obok Teitanblood, Pestilength jest dla mnie chyba jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów hołdujących śmierćmetalowemu graniu, pochodzących z Hiszpanii. Co prawda, ci kozacy należą do zdecydowanie młodszego pokolenia, jednak ich dotychczasowe produkcje zrobiły na mnie mocne wrażenie. „Solar Clorex” jest krokiem numer trzy, podtrzymującym dotychczasowy kurs zespoły w rejony, jakże jednak odmienne od okupowanych przez ich krajanów z Teitanblood. O ile załoga z Madrytu napierdala, ile fabryka dała, roznosząc w pył wszystko w swoim zasięgu, tak Pestilength stoją jakby na drugim biegunie. Ich dźwięki, równie niszczące, oparte są raczej na niesamowitym ciężarze i odpowiednio budowanym nastroju grozy. Osiem (jeśli nie liczyć instrumentalnego wprowadzenia) kompozycji to prawdziwy kafar na łeb. Panowie ubzdurali sobie, bardzo zresztą słusznie, że nie trzeba grać szybko, by swoją muzyką miażdżyć i zabijać równie efektywnie, co działająca na pełnych obrotach rozdrabiarka do drewna. Na „Solar Clorex” akcja toczy się powoli, nierzadko wchodząc na doommetalowe mielizny. Chyba nawet jeszcze wolniej niż na „Bosom Gryphos”. Siermiężne, acz nie pozbawione nutki melodii, harmonie (chwilami Morbidowe, gdzie indziej Portalowe, zwłaszcza w chwilach, gdy powolny riff zapętla się i wije, schodząc tonacją w dół, by za chwilę wznieść się wyżej, i tak w kółko) potrafią solidnie przygnieść, wyssać tlen z otoczenia i cierpliwie czekać, aż się udusimy w gęstym, dusznym sosie. Co prawda jest na tej płycie moment, który mi trochę niezbyt pasuje do całości, a jest nim nieco zbyt klimatyczny fragment „Enthronos Wormwomb”, może za bardzo „gotycki”, jednak nie jest to swoisty kolec pod paznokciem, który negatywnie wpływałby na odbiór całości. Zwłaszcza, że znajdziemy na tej płycie naprawdę sporo ciekawych pomysłów. Hiszpanie równie chętnie sięgają po wzorce z lat dziewięćdziesiątych, co i po bardziej współczesne, hipnotyczne zapętlenia czy, chwilami, lekkie dysonanse (choćby w „Dilution Haep”, gdzie mocno wyczuwam wibracje pod Suffering Hour).  Jak już wspomniałem, może i nie do końca są to pomysły wyjątkowo oryginalne, lecz poskładane w bardziej niż przeciętnie ciekawą mozaikę. No i album ten ma jeszcze jedną zajebistą zaletę. Wkręca się z każdą sesją w czachę głębiej i głębiej, niczym korkociąg. Mając w pamięci dwa poprzednie pełniaki Pestilength, stwierdzam z czystym sumieniem, że każdy kolejny jest lepszy, mimo iż zespół mocno trzyma się obranego na samym początku kursu. Może i właśnie w tej systematyczności jest klucz do sukcesu. Jeśli poprzednia płyta Pestilength wam się podobała, to po nową sięgajcie bez obaw. Gwarantuję, że zrobi wam dobrze.

- jesusatan

Recenzja Jordsjuk „Råtner På Rot”

 

Jordsjuk

„Råtner På Rot” E.P.

Indie Recordings 2024

Jako Jordsjuk istnieją zaledwie rok, ale ci muzycy wywodzą się z takich grup jak Nordjevel, Urgehal, Koldbrann czy też Djevel, tak więc już spore doświadczenie mają. Jak na razie pod tym szyldem wypuścili trzy single. Postanowili je złożyć do kupy, dograć jeden kawałek i wydać epkę. Zdążyli już swoim rzępoleniem zdrowo namieszać na scenie, gdyż norweska gazeta „Dagsavisen” nie szczędziła im komplementów. Mnie to osobiście nie dziwi, bo black metal w ich wykonaniu jest wysokiego sortu. Panowie nie pragnąc się nikomu przypodobać prą do przodu. To prosta i szorstka muzyka, pełna bezkompromisowej zadziorności, nieprzyjaznych riffów oraz anarchistycznego sprzeciwu. Agresywny czarci metal o zmiennych tempach, w którym zarówno wściekłe ataki jak i wolniejsze kostkowanie bujają w tym charakterystycznym dla Norwegii stylu. W tym black metalu czuć zawziętość i brak zgody na zaistniały porządek świata. Określony w notce informacyjnej od wytwórni jako „pierwotny i dla pierwotnych ludzi”. Sporo w tym prawdy, bo zdaje się wypływać wprost z hipokampa twórców oraz nordyckiej tradycji na tego typu granie. Nasiąknięty bezczelnością, brudem i sataniczną szyderczością. Wygenerowany przez gitary o dość gęstym brzmieniu, wyraźnie dudniącą sekcje rytmiczną i apodyktyczne wokalizy, pluje wszystkim w twarz, pokazując środkowy palec. Żadnych bzdur, zero trendu, czysta czerń w podkutych glanach. To nie jest współczesne granie, ale paradoksalnie najwłaściwsze w dzisiejszych, „nowoczesnych” czasach.

shub niggurath

Recenzja Above Aurora „Myriad Woes”

 

Above Aurora

„Myriad Woes”

War Anthem Rec. 2024

Above Aurora to jeden z zespołów, które po raz pierwszy zobaczyłem na koncercie. Zakupioną wówczas debiutancką płytę mocno wymęczyłem, uznając ją za pierwszy krok w karierze bardzo dobrze rokującego zespołu. Następujące w czasie późniejszym „Path to Ruin” oraz „The Shrine of Deterioration” również były dla mnie wydawnictwami bardziej niż solidnymi, stąd też po „Myriad Woes” sięgnąłem niemal natychmiast po tym, jak album ten wylądował w mojej skrzynce. Odsłuchałem go kilka razy i muszę niestety stwierdzić, że coś się, w idealnie niemal wyglądającym rozwoju, chyba zacięło. Najpierw pomyślałem, że takie moje odczucie wynika z tego, iż panowie postanowili nagrać najspokojniejszy, najbardziej klimatyczny materiał w swoim dorobku. Bo taki on faktycznie jest. Bardzo stonowany, utrzymany w wolniejszym tempie, nadziany różnymi samplami i wyciszaczami. Nie jest to jednak wykładnią, gdyż niejednokrotnie odpływałem przy płytach, które właśnie na klimacie zostały zbudowane. Zdaje mi się, że z muzyki Above Aurora zniknął gdzieś ten naturalny dar do tworzenia dobrych, wciągających melodii. Niby nadal znajdziemy tu zimne, blackmetalowe harmonie okraszone gdzieniegdzie drobnym dysonansem, ale nie wsysają one już odbiorcy po całości, jak to miało miejsce uprzednio. „Myriad Woes” jawi mi się jako materiał nazbyt rozwodniony, pozbawiony czegoś, na czym można by zawiesić ucho na dłużej. Otwierający całość, ponad dziesięciominutowy „Inner Whispers” dość mocno się dłuży zamiast wzniecać niepokój i budować napięcie. Kolejne kompozycje przelatują w zasadzie bez większej uwagi, często prowokując zerkanie na zegarek. Owszem, zdarzy się dobry moment, jak choćby niezła melodia w pierwszej części „No More Shall the Boulder Descent”, ale zamiast jej rozwinięcia zespół ponownie zwalnia i wrzuca filmowe cytaty, powodując natychmiastowe opadanie emocji. Gdyby ten materiał wyszedł spod ręki początkującego zespołu, to powiedziałbym może, że czuć w tym potencjał. Jednak od Above Aurora oczekiwałem czegoś więcej, stąd moje rozczarowanie. Coś tu ewidentnie nie pykło. Przejdę zatem obok „Myriad Woes” trochę wzdrygając ramionami, trochę udając, że nie zauważyłem. Mam nadzieję, że przy okazji kolejnej produkcji chłopaki ponownie mnie nie zawiodą. Czego im i sobie życzę.

- jesusatan

Recenzja Lotus Thief / Forlesen „Lotus Thief / Forlesen”

 

Lotus Thief / Forlesen

„Lotus Thief / Forlesen”

I, Voidhanger Records 2024

Te obydwie kapele pochodzą z San Francisco i ich składy wzajemnie się przenikają. Dlatego też nie dziwi fakt, że tworzą w oparciu o tą samą estetykę. Lotus Thief i Forlesen zamieścili na tym splicie po jednym kawałku. Nie są one zbyt krótkie i razem dają 23 minuty muzyki, którą można określić jako spokojny oraz wypełniony ambientowymi wstawkami doom metal. Tak naprawdę to kompozycje te są swoistym połączeniem form, które swego czasu ostro promowała wytwórnia 4AD oraz mocniejszych brzmień. I tak w obu numerach mamy do czynienia ze spokojnymi, elektronicznymi pasażami, które płyną leniwie przed siebie wraz z aksamitnym, żeńskim śpiewem. Chwile te do złudzenia przypominają nagrania This Mortal Coil czy też późniejsze produkcje Cocteau Twins i niosą ze sobą melancholijny nastrój. W owe momenty wkraczają niekiedy gitarowe akordy. Są to ciężkie i epickie riffy, kreślące urzekające melodie, ale umiejące również przygnieść nieco, a także zerwać się do agresywniejszego kłusu. Porównując… Lotus Thief wypada trochę agresywniej, gdyż podczas tego bardziej zdecydowanego kostkowania, pojawiają się też, zbliżone do black metalowych warknięć wokalizy, Forlesen zaś poprzestaje na kobiecych frazach. Jednakże zawarte tu utwory, poza tym jednym szczegółem nie różnią się zbytnio. Zarówno „In Perdition” jak i „Black Is The Color” to wysublimowane i delikatne rzępolenie, które wpędza w słodkie rozmarzenie, przeradzając je w grobowe klimaty. Do czego może doprowadzić to dzisiejszą młodzież? Chyba każdy zna odpowiedź. Jeśli lubicie finezyjne produkcje z małym pierwiastkiem brutalności to bierzcie.

shub niggurath

Recenzja ШАКАЛ „Јав, Прав, Нав”

 

ШАКАЛ

„Јав, Прав, Нав”

Werewolf Promotion 2023

No to teraz przenosimy się do Serbii, gdyż to właśnie tam swój parszywy łeb coraz odważniej i wyżej podnosi horda o nazwie Шакал (po naszemu Szakal). Dowodem na to jest ich pierwszy album długogrający zatytułowany „Јав, Прав, Нав”, który w Roku Bestii 2023 ukazał się z pieczęcią wilkołaka. Wszyscy, a przynajmniej ci naprawdę zainteresowani wiedzą, jak wygląda katalog wydawniczy Werewolf Promotion, a piszę o tym dlatego, że moim skromnym zdaniem pierwszy pełniak Serbów, to kolejny bardzo mocny jego punkt. Zespół wykonuje na nim bowiem Black Metal o zdecydowanie pogańskim szlifie, który robi robotę (bo tego, że trafia w moje gusta, nie muszę chyba dodawać). Największą siłą muzyki Шакал jest moim zdaniem to, że oparta jest ona na klasycznych, czarcich wzorcach. Bez zbytecznej cepelii, nadmiernie podniosłych patentów, czy wiejskiej patatajni. Na krążku tym królują siarczyste, mocne beczki, zadziorny, chropowaty bas, chwytliwe, jadowite, zimne riffy i agresywne wokale o zdecydowanie bluźnierczej wymowie. Klimat zamierzchłych, pogańskich czasów, który unosi się nad tym albumem, osiągnięto natomiast dzięki charakterystycznej rytmice i specyficznej pracy wioseł, które prócz typowych, diabelskich tekstur nie boją się zastosować na tym materiale zagęszczonych mocniej akcentów zahaczających delikatnie o Metal Śmierci, czy też bardziej klasycznych, Heavy Metalowych rozwiązań. Jest tu jeszcze przynajmniej kilka mniej oczywistych pierwiastków i wykończeń, o których jednak celowo nie będę wspominał, aby nie psuć Wam przyjemności ich odkrywania. Najważniejsze jednak jak dla mnie jest to, że wszystkie te, że się tak wyrażę, odstępstwa od głównego nurtu zastosowano tu bardzo gustownie i z należytym umiarem, dzięki czemu płytka ta jest produkcją równie mocno pogańską, co i Black Metalową, choć być może dla niektórych z Was zabrzmi to, jak majaczenie szaleńca. Pomyślcie jednak, co mogłoby powstać z połączenia twórczości The Stone, Svartgren, czy May Result z Kampfar, Helheim, bądź  Thyrfing, a otrzymacie ogólny obraz muzyki, jaka znajduje się na „Јав, Прав, Нав”. Myślę więc, że na tym krążku znajdą coś dla siebie zarówno fani klasycznej, wściekłej diabelszczyzny, jak i zwolennicy pogańskich wibracji. Bardzo dobry album, bez dwóch zdań. Wiadomo jednak, że z opiniami ludzkimi jest jak z dziurami w dupie, każdy ma swoją, więc najlepiej będzie, jak sami posłuchacie, co Szakal ma Wam do zaoferowania. Sprawdzić go w każdym razie wg mnie na pewno warto.

 

Hatzamoth

niedziela, 18 lutego 2024

Recenzja The Oldest House „A Worm Through Time”

 

The Oldest House

„A Worm Through Time” E.P.

I, Voidhanger Records 2024

W styczniu I, Voidhanger Records wypuściła epkę tego jednoosobowego projektu. Stoi za nim wokalista madryckiego Aversio Humanitatis. Po The Oldest House nie należy się jednak spodziewać black metalowych tonów, gdyż A.M. w swym solowym przedsięwzięciu postawił na sludge-doom. Na „A Worm Through Time” nie uświadczycie również charakterystycznych dla „szlamu” bujanek. Spotkacie się za to z posuwistymi i muskularnymi riffami, które wylewają beton po kolana, tak abyście nie mogli się ruszyć. Robią to skutecznie, ponieważ ich mięsistość skutecznie zagęszcza masywna sekcja rytmiczna. Kiedy już cement zaschnie, unieruchamiając Was do reszty, a Hiszpanowi znudzi się powolne gniecenie, to podrywa, wraz z basem i perkusją, swoją gitarę do ociężałego truchtu, zamieniając ten materiał w walec. Leniwie i przy akompaniamencie d-beat’ ów, a także z chirurgiczną precyzją, będzie rozjeżdżał Wasze, skrępowane przez wyżej wspomnianą zaprawę, ciała. A tak w ogóle to te pięć kawałków to skrajnie ciężka i kleista muzyka, która została wygenerowana przez wiosła o skondensowanym brzmieniu, zwalistą jednostkę niskotonową i nieprzyjazne wokalizy. Potężny sludge-doom, w którym oprócz małych pierwiastków siermiężnego core’a, zgnilizny metalu zagłady i przytłaczających dronów, odnaleźć można także wiele niepokojących zagrywek. Potęgują one uczucie wyobcowania i windują napięcie do granic absurdu. Upiorna, monolityczna i nieludzko zimna produkcja. Jeżeli gustujecie w tym gatunku, którego stężenie w tym przypadku jest chyba maksymalne, to bierzcie bez wahania.

shub niggurath

Recenzja MACHINA BAPHOMETA „Shame of the Proud Angel”

 

MACHINA BAPHOMETA

„Shame of the Proud Angel” (Ep)

Mor Ho! Productions 2021

Materiał, który mam zamiar teraz nieco Wam przybliżyć, ukazał się dwa lata temu, więc do najświeższych nie należy, mimo to jednak zrobię to przynajmniej z trzech powodów. Po pierwsze primo, „Shame of the Proud Angel” to ostatnie jak na razie wydawnictwo Słowaków, po drugie primo, Machina Baphometa wystąpi na XXIII odsłonie The Last Words of Death, i wreszcie po trzecie primo ultimo to najzwyczajniej w świecie zajebisty materiał jest (moim skromnym zdaniem zresztą „Shame…” to najlepsze, co do tej pory wypluła ze swych trzewi rzeczona Machina Baphometa). No to teraz, po grze wstępnej nadszedł czas, aby napisać kilka słów o muzyce tego zespołu. Tak więc panowie Bes, Sakchuras i Azazel rzeźbią w Black Metalowej materii i to w dosyć ciekawy sposób. Nie mówię, że to twórczość na wskroś oryginalna, ale na pewno posiadająca swój własny charakter, jak i indywidualny szlif. Machina Baphometa nie rzuciła się bowiem bezmyślnie na klonowanie schematów doskonale znanych z II fali skandynawskiej diabelszczyzny (choć i one niezaprzeczalnie są słyszalne w muzyce Słowaków), tylko stworzyła swoją własną wizję czarciego grania, w której bez dwóch zdań do głosu dochodzi również szkoła wschodnioeuropejska (ze wskazaniem na scenę Słowacką, Czeską, Polską, jak i Ukraińską). Potwierdzeniem moich słów jest choćby praca sekcji rytmicznej, gdzie bębny biją ciężko, a jednak zachowują surowy charakter, podobnie jak bas, który pachnie siarczystymi wyziewami, a zarazem rozrywa w pizdu niczym dobrze pracująca glebogryzarka. Wiosła także mielą konkretnie i dosadnie,  zachowując przy tym specyficzny chłód, wysoce mizantropijny feeling, jak i mile Rogatemu wibracje, a wokale emanują bluźnierstwem i wszystkim, co złe, zdeprawowane i brzydkie. Podoba mi się także w tym materiale pewne mechaniczna dokładność, powtarzalność niektórych struktur, oraz muzycznych procesów, co gdy się głębiej zastanowić powinno być normalne, wszak materiał ten stworzyła Machina namaszczona przez Baphometa we własnej osobie. Abstrahując jednak od moich chorych wizji, które wywołał u mnie ten materiał, „Wstyd Dumnego Anioła”, to produkcja naprawdę bardzo dobra, żeby nie powiedzieć, że wręcz wyśmienita. Niewątpliwie będę bacznie obserwował, w jakim kierunku ta Machina podąży dalej, a na razie bardzo rad jestem, że zobaczę Słowaków  już niebawem na żywo w klubie Over The Under, gdy po raz XXIII przemówi do nas goszcząca tym razem Baphometa Śmierć we własnej osobie. Przybywajcie więc licznie na to spotkanie, aby zarówno Pani z kosą, jak i Rogaty Jegomość byli zadowoleni i hojnie nam błogosławili. Amen i chuj.

 

Hatzamoth