wtorek, 31 marca 2026

Recenzja Tyran „Nothing Above”

 

Tyran

„Nothing Above”

Self-released 2023

Materiał, który chciałbym wam dziś przedstawić, pochodzi sprzed niemal trzech lat, a trafił do mnie zupełnie przypadkowo, przy okazji niedawnego koncertu, który Tyran dawali u boku Clairvoyance w Toruniu. Tak to często bywa, że zespoły tworzący swoisty hardcore’owo – punkowo - metalowy crossover doskonale sprawdzają się na żywca (i tak też było w przypadku bohaterów tekstu), ale w domu, kiedy człowiek siedzi w fotelu bujanym, w ciepłych kapciach, już nie do końca żre to tak, jak powinno. Co ciekawe, w drugą stronę działa to odwrotnie. No i odwrotnie też zadziałało w przypadku Tyrana. „Nothing Above” to klasyczna petarda, naszpikowana skocznymi rytmami, d-beatami i agresywnym, chwytliwym riffowaniem. Kawałki są krótkie, za to naładowane anergią do pełna, pod sam korek. I nie będę tutaj nawet starał się wymieniać tytułów tych najwyżejoktanowych, bo w zasadzie wszystkie jedenaście numerów, wliczając cover New Model Army, czy chyba statystycznie najwolniejszy ”Kids in Cages”, to strzały z otwartej w pysk i błyskawiczna poprawka z drugiej strony, żeby było z autmatu po chrześcijańsku. Może chłopaki nie gnają przed siebie cały czas na najwyższych obrotach, jak robi to choćby Hostia (a punktów stycznych między tymi zespołami jest tu sporo), ale pod względem groove’u mamy tu naprawdę szeroki wachlarz momentów, przy których chce się wspomniane bambosze cisnąć do szalejącego w kominku ognia, a fotelem bujanym sprawdzić wytrzymałość szyb okiennych. Intensywności muzycznej nie ustępuje tu, ani na krok, wokal, wyrzygujący z siebie teksty agresywnym growlem z godną podziwu pasją (czasem też w chórkach). Choć tu mam małą zagwozdkę, bo w sumie teksty są po angielsku, ale dałbym sobie rękę uciąć, że w pewnym momencie pada hasło „jebał cię pies”… Pewnie już bym teraz, kurwa, nie miał ręki, ale nie mam jak tego sprawdzić, bo we wkładce kasetki niestety nie ma tekstów. Świetnie ten materiał brzmi, choć nic w tym dziwnego, skoro za miks i mastering odpowiada tak doświadczony człowiek jak Marko Tervonen. A trwa niewiele ponad dwadzieścia minut, ale to akurat jest najmniej ważne, bo ja i tak słucham go na zapętleniu. Nie będę dłużej ględził, i podsumuję krótko. Jeśli lubicie muzyczny, crossoverowy wpierdol, (deathmetalowego punko-hardcore’a, czy zwał to jak zwał) to sięgajcie po „Nothing Above”. Ode mnie najwyższa z możliwych rekomendacja!

- jesusatan




Recenzja Dragsholm „From the Bloodlines of Bram”

 

Dragsholm

„From the Bloodlines of Bram”

Independent 2026

Dragsholm to kapela z New Jersey, która zaczęła swoją karierę w 2017 roku i od tamtego czasu wypuściła trzy epki. Teraz wydają debiutancki krążek, którego zawartość, to podobno black metal. Niestety nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ obecność w ich muzyce thrashowych riffów, rytmicznego palm mutingu wraz z odpowiednio dociążonym strojem gitar na to zupełnie nie wskazuje. Dokładając do tego dość wartkie tempo, chwytliwości w stylu Skandynawii lat dziewięćdziesiątych oraz growle wokalisty, wskazują raczej na konotacje z melodyjnym, szwedzkim death metalem niż z jakąkolwiek diabelszczyzną. Prawdą jednak jest, że zimne tremolo na „From the Bloodlines of Bram” występują, ale prędzej jako dodatek lub urozmaicenie głównych tekstur. Poza tą małą nieścisłością, pierwszy album od Amerykanów to przyjemna muza, która płynie w zmiennych tempach, zapodając sporo klasycznie death metalowych akordów połączonych z lodowatymi zagrywkami. Obdarzony niezobowiązującymi harmoniami, łatwo wpada w ucho, na przemian bujając rytmicznie, atakując szybkim kostkowaniem i ciężkimi zwolnieniami przy częstym użyciu tłumienia strun. Bangla to fantastycznie, przypominając ostatnie dziesięciolecie poprzedniego wieku, zwłaszcza podczas solowych popisów oraz melodyjnych, gęstych akordów. Panowie koncentrują się na wampiryzmie i łącząc go z odrobiną okultyzmu, kreują duszną atmosferę, ale w wyważonym stylu, rozrzedzając ją melodyjnością i lotnością swoich aranżacji. Zatem w przypadku tego materiału, mamy do czynienia z delikatnie poczernionym metalem śmierci o dużym ładunku śpiewności. Fanom szwedzizny z lat minionych z pewnością się spodoba. Polecam, bo to łatwy w odbiorze album, który również mocnych uderzeń dostarcza.

shub niggurath




poniedziałek, 30 marca 2026

Recenzja Cenotafio “La escisión acausal: Por la vía inversa hacia la descarnación”

 

Cenotafio

“La escisión acausal: Por la vía inversa hacia la descarnación”

Demoniac Prod. 2026

“La escisión acausal: Por la vía inversa hacia la descarnación” to już trzeci album tego chilijskiego hordu. Panowie na scenie aktywni są od ponad dziesięciu lat, ale u nas w kraju jakby o nich cicho. Za cicho, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co ten duet tworzy. A tworzy muzę na gęsto Potężny amalgamat death i black metalu, na najwyższym zresztą poziomie. Może od razu sypnę kilkoma nazwami, żebyście wiedzieli, w którą stronę myśli kierować. Grave Miasma, Dead Congregation, Teitanblood, Incantation… Paniali? No to bardzo dobrze. Żeby ktoś czasem nie pomyślał, że to popierdułka jakaś. W tych klimatach Panna Kostuszanka zapewne czuje się wyśmienicie, bowiem plony z tego poletka są wyjątkowo obfite. Przede wszystkim, dźwięki tworzone przez Cenotafio to parująca smoła, opary siarki i wszechobecne zgliszcza. Pomijając już samo brzmienie, które jest bardziej organiczne, niż kompostownik u mojego, zmarłego już, dziadka na ogródku, kompozycje, w liczbie sześciu, to jedna wielka lawina przytłaczających, miażdżących riffów. Zazwyczaj zagranych w tempie pośrednim, z naciskiem na tonaż, bynajmniej nie chwytliwość, momentami, a są to momenty całkiem częste, rozpędzających tą machinę zniszczenia do prędkości huraganu, zamiatającego wszystko na swojej drodze z dziecinną łatwością, pozostawiającego po sobie jedynie ruiny i porozrzucane szczątki. Wiele na tym krążku momentów tak intensywnych, że można zapomnieć oddychać, a kiedy zdaje się, że mamy wokół siebie apogeum żywiołu, panowie podrzucają do kotła jeszcze kilka dodatkowych łopat węgla. Chwilowe zwolnienia są wyjątkowo zdradliwe, i każdy, kto uwierzy, że zazna chwili spokoju, bardzo szybko wszelkich złudzeń jest brutalnie pozbawiany. Jednocześnie muzyka Cenotafio nie jest typową ścianą dźwięku, w której należy doszukiwać się harmonii. One tutaj są bardzo wyraźne, jednocześnie niesamowicie skomasowane i zbite w niezniszczalny monolit. Dodatkowo scementowany bulgoczącym, stosowanym bardziej jako dodatkowy instrument, wokalem, wypluwającym liryki z manierą topielca w głębokiej studni. Całość trwa czterdzieści dwie minuty, i jest to chyba dawka wystarczająca, by żywy stąd nie wyszedł nikt. Jak znacie Cenotafio, to i tak po tę płytę sięgniecie. Bez obaw, to już sprawdzona marka. Jeśli natomiast nazwa ta jest wam do dziś nieznana, to nadrobienie zaległości uważam za sprawę obowiązkową. Zwłaszcza jeśli wymienione wcześniej nazwy leża w kręgu waszych muzycznych zainteresowań.

- jesusatan




 

Recenzja Ordh „Blind In Abyssal Realms”

 

Ordh

„Blind In Abyssal Realms”

Pulverised Record (2026)

 


Gdy zobaczyłem okładkę zdobiącą premierowy pełniak pochodzącego z Vermont zespołu Ordh pomyślałem sobie, że ktoś wypuszcza reedkę naszych krajan z Clairvoyance. Okładka autorstwa Paolo Girardiego, kolorystyka, tematyka – można się pomylić. Po przesłuchaniu „Blind In Abyssal Realms” nie mam wątpliwości, że ekipy z północnego wschodu USA z Clairvoyance nie pomylimy i w ogóle bardzo ciężko będzie ich pomylić z kimkolwiek. Mamy tu bowiem do czynienia z materiałem w pewnym sensie wyjątkowym, bo choć omawiane tu wydawnictwo jak najbardziej wpisuje się w deathmetalowy kanon, to dość szybko przestało mi towarzyszyć poczucie, że słucham  swojego ulubionego nurtu. Misternie klecony w domowych i garażowych pieleszach przez kilka debiut Ordh to progrock, czy progmetal, który tak naprawdę zbieżność z metalem śmierci osiąga w warstwie wokalnej. Od wyraźnie długiego czasu przedrostek „prog” jest być antyreklamą i znakiem ostrzegawczym przed odsłuchem jakiejkolwiek płyty, ale w tym przypadku zdecydowanie warto sięgnąć po rezultat tej sesji nagraniowej. Muzycy Ordh absolutnie cudownie operują przestrzenią, niespiesznie, często transowo. Rozmarzone, ale nie przesłodzone partie gitar rozpuszczają się na tle skromnych partii akustycznych i delikatnie plumkających, ale chirurgicznie precyzyjnych mini-riffów, które kreują muzyczny świat tej płyty. Jet on namacalnie piękny, oniryczny, czasem niepokojący, ale trudno mi znaleźć jakieś porównania i zerojedynkowe punty odniesienia, żeby zobrazować i opisać to co tutaj usłyszałem. Z jednej strony cisną się tu na usta nazwy takie jak Morbus Chron (z okresu drugiego albumu), Edge Of Sanity czy Apophis, a zarazem jest tu coś ze starożytnego mistycyzmu Sandersa, dziwnego niedopowiedzenia Timeghoul i postrockowego malowania piachem. Ponad wszystko ciśnie się jednak camelowa subtelność, która bierze górę nad skandynawską melodyką i sporadycznymi, morbidowymi zwolnieniami. Te deathmetalowe porównania ą tutaj raczej odzwierciedlone w wibracjach, podświadomym odbiorze niż w czysto dźwiękowym przełożeniu. Tego drugiego jest tutaj bardzo mało. Nawet w najszybszych partiach muzyka dalek ajest tu od brutalności. Można chwilowo dać się uśpić „Blind I Abyssal Realms”, ale w całej swojej subtelności jest to niesamowicie wciągający i angażujący materiał, który stoi pomysłami i inwencją twórczą. Na pewno znajdą się tacy, którzy będą zarzucać tej płycie miękkość, melodie i tym podobne, ale stoi ona pomysłami i tożsamością. To nie będzie materiał dla każdego i nie będzie to wydawnictwo do słuchania na każdą okazję. Ale gwarantuję, że jeśli ktoś nie boi się odejść od deathmetalowego, a może i po prostu metalowego paradygmatu i ma ochotę się zmierzyć z oryginalną i po prostu ciekawą wizją progresywnego death metalu to szczerze polecam. To nie brzmi jak Blood Incantation, to nie brzmi jak Cryptic Shift, nie brzmi jak Opeth, nie brzmi jak Timeghoul, nie brzmi jak Orphaned Land, nie brzmi jak szereg tech/prog/deathowych gówien z wypolerowaną jak psie jaj produkcją. To jest kurwa naprawdę w chuj dobre.

                                                                                          Harlequin




niedziela, 29 marca 2026

Recenzja Pig’s Blood „Destroying the Spirit”

 

Pig’s Blood

 „Destroying the Spirit”

Dark Descent Rec. 2026

Po dwóch albumach wydanych dla naszego krajowego wydawcy, Pig’s Blood opuścili szeregi Bogów Wojny, i odpłynęli do wytwórni zza oceanu. Teoretycznie bardziej uznanej i  renomowanej, choć nie zawsze się to przekłada na wymierne korzyści. No ale każdy jest kowalem własnego losu. Zajmijmy się zatem tylko i wyłącznie muzyką, bo to przecież ona jest najważniejsza. Świńska Krew, to nadal ta sama posoka. Ta sama stara szkoła, ten sam, niezmiennie prosty metal śmierci co dotychczas prezentowany na „Pig’s Blood” czy „A Flock Slaughtered”. Czyli aranże oparte głównie na niewyszukanych, uderzających wprost melodiach, pozbawione technicznych zagrywek, mariaży z gatunkami pobocznymi, co najwyżej wzbogacone elementami warmetalowej napierdalanki. Na pewno nagrania te cechuje surowizna, zarówno pod względem brzmienia, jak i linii przekazu. Zresztą w tym przypadku, dźwięki tworzone przez Amerykanów są wprost proporcjonalne do nazwy, którą sobie obrali za szyld. „Destroying the Spirit” to prosty do bólu, klasyczny death metal, zagrany głównie w średnim tempie, brzmiący na wskroś oldskulowo, do kanonu gatunku nie wnoszący niczego poza samą swoją obecnością. Mówiąc wprost – statysta, tudzież plankton, jak osobiście wolę to nazywać. Owszem, może i plankton, o sporej zawartości odżywczej, ale tak naprawdę, pominięcie tego posiłku nie jest dla nikogo, poza absolutnymi maniakami gatunku, żadną stratą. Zwłaszcza jeśli słyszeliśmy dwie poprzednie płyty zespołu, bo najnowsza jest w zasadzie tym samym, co poprzednio, a różnice są w zasadzie kosmetyczne. Może i jest to death metal dobrej jakości, temu nie przeczę. Bo brzmi poprawnie, potrafi kopnąć w dupę, ma momenty przy których człowiek sobie czupryną zarzuci, ale z drugiej strony nie pozostawia po sobie ani nic zapamiętywanego, ani żadne zgliszcza przy tym nie płoną. W mojej opinii jest to najsłabsze wydawnictwo Pig’s Blood. Fani zespołu pewnie je łykną bez popijania. Ja po kilku rundach puszczam w niepamięć. Bo takich „solidnych” płyt ci u mnie pod dostatkiem.

- jesusatan




Recenzja Daemonium Regni „Daemonium Regni”

 

Daemonium Regni

„Daemonium Regni”

Darkness Shall Rise 2026

Daemonium Regni to solowy projekt wokalisty Unanimated, Mickaela Broberga. W drugiej połowie kwietnia ukaże się jego pierwsza płyta, która zawiera swoistą mieszankę złożoną z black i doom metalu. To osiem kompozycji, które płyną raczej w średnich i wolnych tempach, a skonstruowane są w oparciu o dość gęste, nakładające się na siebie struktury. Koktajl złożony z diabelskich tremolando i ciężkich akordów, które wzajemnie się przenikają, snując ponurą muzę. Materiał ten kreuję przytłaczającą i celebracyjną atmosferę, którą buduje zestawienie gruboziarnistych i zimnych brzmień, dodatkowo zagęszczonych przez wysunięte do przodu linie mięsistego basu i przysadzistej perkusji. „Daemonium Regni” posuwa się do przodu dostojnie i niczym woda drążąca skałę, wierci sobie tunel w naszej głowie. Wbija się w nią z uporem, ale spokojnie, cedząc cykliczne riffy, wzbogacone o aranżacyjne dodatki. To zwarta sieć, o rytualnym wyrazie, co podkreślają różnorodnie zaintonowane wokalizy, bo Mickael Broberg, kąśliwie warczy, momentami schodzi nisko do głębokich growli, aby w odpowiednich momentach przejść w posępny śpiew. Żeby podbić rytualność, zdecydował się on na teksty w języku łacińskim. Trafił tym w punkt, ponieważ efekt końcowy jest idealnie sataniczny, a w połączeniu z niepokojącą muzyką, tworzą niemalże liturgiczny album, z którego sączy się nieskazitelna ciemność. Świetnie brzmiący krążek, od którego bije mrok i okultyzm. Monumentalna, skręcająca chwilami w epickie rejony muzyka, otwierająca demonom drogę do duszy potencjalnego słuchacza. Esencja diabolicznej nieczystości, której podda się bez problemu każdy, gustujący w smołowatej i okresowo nieco zawiłej muzyce, będącej wyrazem uwielbienia wszelkich form zła. Polecam.

shub niggurath




sobota, 28 marca 2026

Recenzja Malum „From the Voids”

 

Malum

„From the Voids”

Dark Essence Rec. 2026

Wydany pięć lat temu „Devil’s Creation” musiał chyba lotem okrężnym minąć redakcyjną skrzynkę Apocalyptic Rites, bo powiem szczerze, że nawet tego materiału nie kojarzę. Szkoda, bo „Legion”, będący obecnie już siedmiolatkiem, był całkiem niezłym krążkiem. Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, bo oto jest kolejny, piąty już album Finów. Chociaż, w chwili, gdy słuchałem go po raz pierwszy, musiałem sprawdzić, czy aby mam dobrze podpisane pliki. Dlaczego? Bo wali tu naszą rodzimą Mgłą na potęgę! Owszem, muzycy z Turku nigdy nie stronili od melodii, jednak tym razem atmosferyczność ich muzyki urosła do nieporównywalnie większych rozmiarów. Oczywiście, biorąc pod uwagę porównanie którego użyłem, owa atmosferyczność to żadne plumkanie na klawiszach, dziewicze zaśpiewy czy smutne melodie śpiewane przez brodatego elfa. To chłodne, wciągające harmonie, którym naprawdę ciężko się oprzeć. Wielu jest, i było, naśladowców zespołu z Krakowa. Jedni kradli bezczelnie, bez własnego pomysłu (patrz: Groza), inni czerpali inspiracje, dodając przy okazji garść pomysłów autorskich (Uada). Jednym wychodziło to lepiej, innym gorzej. Jak na tym tle prezentuje się najnowsze wydawnictwo Malum? Otóż, mimo bardzo wyraźnych inspiracji, nie jest to do końca kalka. Zresztą panowie mają chyba zbyt duże doświadczenie, by nagle kompletnie zmienić front i stać się jedynie naśladowcami. Powiedziałbym bardziej, że „zachłysnęli” się stylem budowania melodii przez M, lecz wyciągnęli z tego odpowiednie nauki, i stworzyli album będący bardzo dobrym spadkobiercą Mgłowego black metalu. Sporo w obu zespołach na „M” punktów stycznych. Chłodne, mocno wkręcające się w głowę melodie, podobny sposób kostkowania, średnie tempa, nawet poniekąd styl wokalny. Jednak, i raz jeszcze to podkreślę, nie jest to podkradanie pomysłów metodą kopiuj / wklej. Nie będę rozkładał „From the Voids” na części pierwsze, bo i tak nie uciekłbym od dalszych porównań, a to co powiedziałem chyba każdemu zarysowało już ogólny szkielet tego krążka. Powiem może zatem w ten sposób: Malum to najlepsi, najbardziej usamodzielnieni spadkobiercy Mgły z jakimi się spotkałem, a ich najnowszej płyty słucha się wprost wybornie. I tyle chyba wystarczy, by zachęcić kogo trzeba, a antagonistów zatrzymać w bezpiecznej odległości. Każdy zatem wie co robić.

- jesusatan

PS. Tekst zawiera niezamierzoną dezinformację. Opisany Malum pochodzi z Norwegii, i, poza nazwą, nie mają z tym fińskim nic wspólnego. No cóż, taka pomyłeczka ;)  



Recenzja Doedsvangr „Within the Flesh”

 

Doedsvangr

„Within the Flesh”

Soulseller Records 2026

To już trzeci album tej internacjonalnej kapeli, która zrzesza muzyków sceny norweskiej, fińskiej i francuskiej. Taka też jest ich najnowsza płyta, bo łączy w sobie cechy tych trzech ujęć, co udowadniali również na poprzednich produkcjach. Siedem kawałków, stanowiących fuzję drapieżności, melodyjności oraz epickich nut, które zespolone ze sobą, generują kąśliwą i łatwo wpadającą w ucho gędźbę. Duża w tym zasługa wszędobylskiej i charakterystycznej rytmiki, która chwilami kieruje black metal od Doedsvangr we wręcz przebojowe rejony. Nie są one specjalnie nachalne, podobnie jak obecne na „Within the Flesh” chwytliwości. W kombinacji z zadzierżystymi po norwesku riffami i bujankami, fińskimi harmoniami oraz francuską wzniosłością, kreuje dość intensywną muzę, która częstuje agresywnymi blastami, hipnotycznymi, powtarzalnymi niczym w ujęciach industrialnych, akordami, a także zagrywkami rodem z brudnego black’n’rolla. To w gruncie rzeczy całkiem przyjemny bleczur, który oferuje w stonowanej formie wszystko, co może się podobać niezdecydowanemu odbiorcy, ale gustującemu w mocniejszych produkcjach. Niezaprzeczalnie, potrafi zesłać sporo atmosferycznych i dysonansowych struktur, wprowadzić w mały stupor, z którego wybudzi mocnym przygrzaniem, ale to raczej w punkt wypośrodkowana diabelszczyzna. Wyraźnym plusem są tutaj niebywale szorstkie wokale Doedsadmirala i surowość muzyki, którą zawdzięcza zgiełkliwym gitarom, wzmocnionym przez fantastyczne linie basu i nieco wycofaną perkusję. Pomimo małych zgrzytów, związanych z uniwersalnością „Within the Flesh”, można stwierdzić, że to rzetelnie skomponowany black metal, z którego płynie mrok i autentyzm. Emanuje prawdziwymi emocjami i wypełniony jest złowrogim duchem. Solidnie i nawet ciekawie. Sprytnie wyprodukowany, ponieważ cechuje się przejrzystym brzmieniem, które do końca nie zostało wygładzone, bo być może przyciągnie uwagę tych „prawdziwych”. Tak też się dzieje, choć bez szału, ale to całkiem przyjemne trzy kwadranse. Posłuchajcie. W sumie warto.

shub niggurath




piątek, 27 marca 2026

Recenzja Nightgnawer „Medieval Devourer”

 

Nightgnawer

„Medieval Devourer”

Purity Through Fire 2026

Nightgnawer przewinął się już przez Apocalyptic Rites, a było to z trzy lata temu, kiedy napisałem kilka słów na temat ich kolaboracyjnego wydawnictwa z WulfSeer. W międzyczasie Finowie wydali jeszcze album z gatunku „live” (nie rozumiem zabiegu, skoro nie mają jeszcze ani jednej dużej płyty, ale ja się nie znam), a dziś powracają nową EP-ką, zawierającą pięć nowych ścieżek. Poza instrumentalnym interludium, dokładnie w połowie drogi, zawierają one surowy black metal, na podobiznę wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Mówiąc surowy mam przede wszystkim na myśli brzmienie „Medieval Devourer”, bowiem jest to w zasadzie klasyka okresu, zanim do studia zaczęto wnosić wszelkiego rodzaju klawisze, przyprowadzać śpiewające panienki, i polerować sound na potęgę. Gitary chodzą szorstko, na wysokim stroju, bas robi swoje wyłącznie w tle, a perka dudni bardzo garażowo, chwilami niczym jakiś karton po niepotrzebnych, upchniętych w rogu klamotach. Generalnie muzykę Nightgnawer można uznać za dość prostą, opartą na kipiącym z niej satanistycznym przesłaniu i buntu z początków drugiej fali. Zwłaszcza w momentach kiedy pałker wybija klasyczne d-beatowe tempo, acz przyznać trzeba, że panowie równie często rozwijają większe prędkości. Poza agresywnymi tremolo nie brak jednak na tym wydawnictwie melodii. Tylko że nie takiej typowo fińskiej, a bardziej norweskiej, zadziornej, a nie słodkiej. Poza tym jest tu kilka momentów bardziej klasycznych, odnoszących się praktycznie do korzeni heavymetalowych (jak choćby patent w połowie utworu tytułowego). Poskładane jest to w bardzo zgrabną całość i przyznać trzeba, że nieźle kąsa. Tym bardziej, że wokalnie mamy praktycznie sam jad, i to w bardzo chropowatym wydaniu. Owszem, gdzieś tam, pod koniec, pojawiają się przez moment czystsze zaśpiewy, ale na zasadzie minimalistycznego dodatku. Podobnie jak wrzuconych na „Siege of the Iron Winds” odgłosów bitewne. Wiecie, takie odniesienie do Bathory. „Medieval Devourer” trwa nieco ponad dwadzieścia minut, i szczerze mówiąc, pozostawia odbiorcę w pewnym niedosycie. Bo black metal w wykonaniu Nightgnawer faktycznie może wywoływać uczucie nostalgii. Tak się kiedyś grało, i chwała Szatanowi, istnieją zespoły, które grają tak do dziś. Czekam na pełniaka. Sprawdzę na bank. A EP-kę oczywiście polecam.

- jesusatan




Recenzja DomJord „Morgonglöd”

 

DomJord

„Morgonglöd”

Vidfare / NoEvDia 2026

Zapewne wiecie, że jest to projekt Ariocha vel Mortuusa, w ramach którego tworzy muzykę elektroniczną. Pod koniec marca wyda pod tym szyldem, jak mi się zdaje, trzeci album, który zawiera sześć kompozycji o hipnotycznym charakterze. DomJord, to plumkanie, na które składają się takie elementy jak dark ambient, dungeon synth, minimal i trochę noisu. Zatem jest to takie tam połączenie melodyjek w stylu fantasy, różnego rodzaju szumów, z których niekiedy wyłaniają się krótkie burdony, kiedy indziej przeleci dron, ale nie Szahid, a innym razem pojawiają się surowe niuanse, zapożyczone z detroit techno. Całość płynie sobie spokojnie, od czasu do czasu postraszy, umili czas bajeczną harmonią lub w trans wprowadzi. To oszczędna w nuty produkcja, która zupełnie niezobowiązująco może lecieć jako muzyka tła, bo w gruncie rzeczy niczym szczególnym się nie wyróżnia. Nie budzi również żadnych emocji, gdyż to mało skomplikowana muzyka, z której tak naprawdę nic nie wynika albo po prostu, ja tutaj niczego nie dostrzegam. Ot, nagrane chyba z nudów lub dla potwierdzenia samemu sobie, że w klawisze też potrafię. Koło Cold Meat to nawet nie leżało, ale jako podkład do jakiejś prostej gry komputerowej by się nadało. Słabe, chwilami infantylne i naiwne. Płytę tą Mortuus określił jako „upadek dzieła człowieka, którego początkiem była rewolucja przemysłowa” imateriał ten ma opisywać ten proces rozkładu. Może i tak jest, ja do końca przekonany nie jestem. Jak dla mnie beznadziejna lipa. Po co? Na co? Dla kogo? Pojęcia nie mam, ale fani rycersko-industrialnych dźwięków będą zachwyceni. Ja wyrzucam do kosza.

shub niggurath




czwartek, 26 marca 2026

Recenzja Foetorem “Incongruous Forms of Evergrowing Rot”

 

Foetorem

“Incongruous Forms of Evergrowing Rot”

Everlasting Spew Rec. 2026

 


Już wieki temu pewien literacki wieszcz głosił, że „There’s something rotten in the state of Demnark”. Podobnie sygnalizowali pijacy z Illdisposed, niemal trzy dekady wstecz. I chyba faktycznie, coś w tym musi być, bo oto fetor właśnie rozlał się z pełną siłą osobliwego wręcz wszechogarniającego gnicia. Dokładnie takiego, jakie lubię najbardziej. Z jednaj strony masywnego, miażdżącego przewalającymi się z gracją słonia riffami, z drugiej lekko objechanego w kierunku eksperymentalnym. Choć to może za duże słowo, ale ciężko zaprzeczyć, że są na tym albumie momenty bardzo mocno kojarzące się z pewnym zespołem z Australii, którego nazwę pisało się przez małe „d”. Foetorem w sposób godny starego wyjadacza wplatają te lekko narkotyczne inspiracje w swoje uderzające z całym harmonie. A że Duńczycy mają ogromne wyczucie, nie przesadzając z żadnym składnikiem na tyle, by zarzucić im kopiowanie kogokolwiek, i do tego pisanie staroszkolnych riffów przychodzi im z dziecinną łatwością, to w sposób bardzo naturalny budują na swoim albumie atmosferę gęstą niczym smoła. Zwłaszcza w tych najwolniejszych, doomowych partiach trudno oddychać, a dźwięki zdają się nas zalewać ze wszystkich stron. Żebyśmy się jednak nie podusili, co jakiś czas otwierany jest lufcik pod tytułem „staroszkolny death metal do machania łbem”, a wtedy można, a nawet trzeba, dać upust nagromadzonej w naszym wnętrzu energii. W innych miejscach wystawieni jesteśmy na intensywne gradobicie w klimacie Dead Congregation, Cruciamentum, czy Grave Miasma, i tutaj już miejsca na ucieczkę nie ma. Dzięki takiej żonglerce, kompozycje na „Incongruous Forms of Evergrowing Rot” co chwilę czymś zaskakują, nie pozwalając przy tym, byśmy choć na chwilę zapomnieli o śmierci i czekającym nasze truchła rozkładzie (o czym zresztą dobitnie przypomina krótkie interludium, gdzieś w połowie albumu). Wokalnie fajerwerków tu nie znajdziecie. To znaczy, owszem, mamy odpowiednio głęboki, zaflegmiony growl, pozbawiony jednak jakichkolwiek odstępstw od reguły. I chyba w tym przypadku nie są one nikomu do niczego potrzebne. Ostatnim elementem tej układanki jest organiczne, nawet bagienne, brzmienie, dopełniające obrazu całkowitego rozkładu. Katakumbowe gitary doskonale uzupełniają się z wyraźnie słyszalnym basem, którego partie nie są jedynie buczącym tłem, a chwilami wychylają się nawet do przodu w lekko djentowym stylu. Beczki chodzą fantastycznie, a jeśli dobrze się wsłuchamy, to są tu momenty bardziej techniczne, niż by się podejrzewało. Podsumowując, te czterdzieści minut to najwyższa półka death/doom metalowego rzemiosła, płyta do obowiązkowego odsłuchu, zwłaszcza dla maniaków gatunku, a dla mnie zakup obowiązkowy przy najbliższej okazji. Lepszy debiut ciężko sobie wyobrazić.

- jesusatan




Recenzja From Distant Hills „…and Whispering Trees”

 

From Distant Hills

„…and Whispering Trees”

Purity Through Fire 2026

From Distant Hills jest nowym, greckim projektem, w którym udzielają się starzy wyjadacze tamtejszej sceny. Są to Ungod, znany między innymi z kapeli Sad oraz Throne z Horrorgraphy. Panowie wysmażyli właśnie debiutancki krążek, na którym zamieścili osiem numerów, utrzymanych w black metalowym tonie. To bleczur, który oparty jest na skandynawskich wzorcach, bowiem dominują tutaj zimne tremolo i trochę thrashowo potraktowanych riffów. Akordy ubrali w twardy i wysoki strój gitar, dodali typowo dla Grecji, dobrze słyszalnego basu i nieco kartonowej perkusji. Całości towarzyszą desperackie i momentami płaczliwe wrzaski wokalisty i gotowe. Muza płynie w wartkim tempie na przemian bujając i hipnotyzując. Kompozycje od From Distant Hills, to mieszanka epickiego kostkowania, zadzierżystej zamieci i melancholijnych zwolnień. Wszystko upstrzone zostało sporą dozą melodyjności, z których snują się filmowe i depresyjne harmonie. Od czasu do czasu Grecy potrafią troszeczkę zadziwić, porzucając swe chwytliwości na rzecz poważniejszych akordów, które zbliżają ich black metal do norweskiego ujęcia, ale są to tylko krótkie chwile, które toną w nastrojowej i wzniosłej atmosferze. W gruncie rzeczy, to typowa diabelszczyzna, która nie proponuje niczego nowego, ale może zapaść na kilka dni w pamięci, gdyż melodyjność „… and Whispering Trees” nie jest specjalnie rażąca, a i w mały trans wpędzić umie. Jest tutaj klimatycznie i refleksyjnie, co duet ten przełamuje okresowo bardziej agresywnymi i posępnymi nutami. Utwory skomponowane są z lekkością i pomysłem. Łatwo wchodzą do ucha i powodują, że chce się do nich wracać, choć to kolejny album z tych wielu. Nostalgicznie, lodowato i wilczo. Na kilka odsłuchów starczy, zatem kolekcjonerom smutnego bleka polecam.


shub niggurath




środa, 25 marca 2026

Recenzja Bong-Ra „Esoterik”

 

Bong-Ra

„Esoterik”

Debemur Morti Prod. 2026

Z twórczością Bong-Ra, a właściwie Jason'a Köhnen'a, bo to on tutaj sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, mam zawsze wielką zagwozdkę. Bo w chwili, kiedy oczekuję od tego projektu muzyki, która pozwoli mi się zresetować, i odpocząć od codziennego zgiełku, trafiam na płytę, która mnie wkurwia. Z kolei innym razem, a tak było na przykład teraz, podchodzę do albumu jak pies do jeża, a kiedy go w końcu, dla świętego spokoju, odpalę, momentalnie jestem kupiony po całości.  Może tak się dzieje, gdyż kolejne wydawnictwa Holendra różnią się jednak od siebie, mimo iż teoretycznie rdzeń pomysłów pozostaje odobny. „Esoterik” jest płytą niesamowicie ciężką, jednocześnie intrygującą, zaskakującą i, co akurat zdziwienia budzić nie powinno, na Bong-ra’owy sposób oryginalną. Tym razem otrzymujemy coś na zasadzie fuzji industrialno / jazzowo / awangardowej. Z tym, że splecionej tak pomysłowo, że przenikanie się wpływów tychże gatunków jest tutaj niesamowicie swobodne, naturalne i uzupełniające się nawzajem. Ciężkie beaty, idące w jednej linii z niezbyt złożonymi akordami gitarowymi, tworzą tutaj swoistą siłę uderzeniową i transowy klimat, porównywalny do klasycznego Godflesh. Zwłaszcza przy zapętleniach, gdzie można odczuć, jak świat wokół zaczyna wirować i kurczyć się, zostawiając dla nas bardzo niewiele miejsca na oddech. W tle towarzyszą tu często oszczędne improwizowane wstawki jazzowe, niby kompletnie nie zsynchronizowane z podkładem głównym, powodujące odczucie lekkiego dualizmu twórczego. Są na tej płycie momenty, gdzie rzeczony ciężar się wycofuje, a do głosu dochodzą wyłącznie wspomniane dodatki, o zdecydowanie zwiększonej intensywności, tworząc wizje czysto surrealistyczne, na zasadzie swoistego happeningu. Nawet tutaj, linie saksofonu, pianina, chwilami uderzenia automatu perkusyjnego, sprawiają wrażenie kompletnie samoistnych i niezależnych od siebie. Jako całość jednak, „Esoterik” jest niesamowitą podróżą, a każdy dźwięk, nawet ten na zasadzie silnego dysonansu, odgrywa tutaj swoją rolę. Wspomniałem o Godflesh. I chyba z tym zespołem najbliżej sparowałbym nowy album Bong-Ra, bo elementów wspólnych tu sporo (choćby wokale, o których jeszcze nie wspominałem, oszczędne, ograniczone do krótkich, wypowiadanych w sposób niemal mechaniczny wersetów). Z tym jednak podkreśleniem, że ilość dziwactwa jest na „Esoterik” zdecydowanie większa. O ile industrial traktuję wyjątkowo wybiórczo, tak nowa płyta Bong-Ra jest dla mnie absolutnie czymś fantastycznym, czego chce się słuchać i zgłębiać w nieskończoność, i do czego chce się wracać. No i teraz tylko się boję, że kiedy chłop wyda kolejny album, to go posłucham i się odbiję…

- jesusatan




Recenzja Necroccultus „The Afterdeath Blackness”

 

Necroccultus

„The Afterdeath Blackness”

Terror From Hell Records (2026)

 


Jakimś dziwnym trafem działający od ponad 20 lat, meksykański Necrocculus nigdy nie zagościł w moim odtwarzaczu. Może wynik to z faktu, że omawiamy tu „The Afterdeath Blackness” to dopiero drugi album grupy, a od czasu debiutu minęło 21 lat,a może po prostu czysta moja ignorancja. Nie zmienia to faktu, że Meksykanie dowieźli mi porcję klasycznego, mięsistego metalu śmierci na modłę ancient ones. Jeśli lubicie wczesny Morbid Angl, Mortem, Sadistic Intent czy ich krajan z Infernal Conjuratio, Shub Niggurath czy Sargatanas to jesteście w domu i z nowymi nagraniami Necroccultus będziecie czuli się jak ryba w wodzie. Odkrywczości i innowacyjności tu tyle ile rozumu u wielu polskich polityków, ale jakości muzycznej nie brakuje. Tłuste, klasyczne riffowanie, wyraźny growling i zgrabne kompozycje oparte na sprawdzonych wzorcach gwarantują tutaj mile spędzony czas. Na dowód niech posłuży singlowy „Dread Midnight Entities”, w którym główny riff to kalkomania „Rapture” Morbidów. A takich inspiracji, czy wręcz cytatów jest tutaj więcej. Owszem, jest to „kolejna” płyta z tego typem grania i nie wyróżnia się ona jakoś z tłumu, ale z drugiej strony ktoś kto uprawia metal śmierci ku czci przedwiecznych przeważnie robi to dobrze. I nie inaczej jest  w tym przypadku. Panowie z Necroccultus chłoszczą dupę aż miło bez potykania się o własne nogi. Ta płyta niczego nie zmienia, niczego nie wnosi i to od Was zależy czy jest potrzebna Wam na półce. To jest druga liga, ale żadnego wstydu tutaj nie ma. Dobrej muzyki zawsze warto posłuchać i nie inaczej jest w tym przypadku. Serdecznie do tego namawiam, death metal done right!

                                                                                           Harlequin




wtorek, 24 marca 2026

Recenzja Infrahumano „Depths of Suffering”

 

Infrahumano

„Depths of Suffering”

Lavadome Prod. 2025

 


Dziś mała wycieczka do roku ubiegłego. W październiku ukazał się bowiem drugi duży krążek Infrahumano, jednak wydawca nieco zaspał, i materiał ten wyciągnąłem ze skrzynki pocztowej dopiero kilka dni temu.  Skoro jednak płyta do mnie dotarła, to wypadało rzucić uchem, co nie? Zespół pochodzi z Galicji, ale gdybym o tym nie wiedział, zapewne celowałbym gdzieś za ocean. Najbardziej chyba do Baltimore, skąd chorobę rozsiewa Umierający Płód, ewentualnie na Nowy York, miasto filarów śmierć metalu, czyli Uduszenia, tudzież Samospalenia. Heh, tak sobie kiedyś gaworzyliśmy z ziomkami, co, jeśli to język polski byłby wiodącym na świecie, i z szyldami pokroju „Nieświęte Jebanie Kozy” bylibyśmy za pan brat. Ciężko byłoby utrzymać powagę słuchając takich płyt. No ale wracając do meritum… „Głębiny Cierpienia” to niecałe czterdzieści minut w dziewięciu odsłonach. Odsłonach brzmiących, jak wspomniałem, na wskroś amerykańsko. Przede wszystkim sporo na tym albumie momentów „mielonych”, z mocarnym riffem, kilkukrotnie powtarzanym, tworzącym wrażenie jak byśmy byli wbijani w ziemię przy pomocy spadającego na łeb kafara. Sporo też bardziej technicznych zagrywek w nieco Vignowym stylu, acz niekoniecznie takich bezpośrednich, jak to się zdarza w wielu przypadkach. Ta Immolationowa nuta jest w tym przypadku nieco przypudrowana, albo może trochę schowana w tle. No i bardzo dużo tu ciężaru, pod tytułem „cios boksera wagi ciężkiej”. Te elementy zmieszane razem w jedną masę tworzą naprawdę mocarny ładunek wybuchowy. Skonstruowany może i metodą chałupniczą, jednak równie groźny, co obecna na polu walki od dawien dawna mina przeciwpiechotna, po stanięciu na której nie da się już chodzić piechotą. Hiszpanie chyba niezbyt mają na uwadze oryginalność. Choć, w sumie wymienione przeze mnie wcześniej, słyszalne inspiracje, są tu faktycznie obecne, to bardziej na zasadzie lekkich porównań, a nie znaków równości. Chodzi mi o to, że Infrahumano nie tworzą metodą kopiuj / wklej, lecz starają się owe wzorce odegrać na swój własny sposób. I chyba w tym największa zaleta „Depths of Suffering”. To staroszkolny death metal, odświeżony (chuj z tym, że po raz tysięczny) na własny sposób. Z zachowaniem wszelkich odstawowych wytycznych (wokale, brzmienie), ale jednak po swojemu, I, co najważniejsze, na wysokim poziomie. Tego typu płyty nie wymagają dogłębnej analizy. O nich mówi się albo, że zadanie wykonane zostało dobrze, albo zostało spisane od kolegi, albo uczeń napisał bzdury i totalnie się pogubił, tudzież nie zrozumiał. Infrahumano zrozumieli bardzo dobrze, i do swoich nagrań się przyłożyli. Nawet jeśli ten album to nic powalającego, to jest a tyle dobry, że warto dać mu szansę. Światowego poziomu na pewno nie zaniża.

- jesusatan




Recenzja Bezkres „Naturalna nietolerancja”

 

Bezkres

„Naturalna nietolerancja”

Signal Rex 2026

To kapela, która uformowała się w 2024 roku i od tamtego czasu wydała demo, i epkę „Odwieczny zew agresji”. Dziesiątego kwietnia pojawi się jej debiutancki album z dziewięcioma utworami, hołdującymi tradycyjnej szkole black metalu. Równie dobrze „Naturalna nietolerancja” mogłaby ukazać się w latach dziewięćdziesiątych, bo doskonale wpisuje się swą wymową w ówczesny kanon, który według wielu fanów tego gatunku, powinien pozostać niezmienny. Taką też pozycję przybierają członkowie Bezkresu, ponieważ diabelszczyzna w ich wydaniu to klasyczne ujęcie, zagrane na szorstkich gitarach o twardym stroju, które sieją na przemian tremolo i biczującymi riffami, których nieprzyjazną ekspresję skutecznie podkreślają, dobrze słyszalne linie basu oraz perkusja. Całości, rzecz jasna, towarzyszą złowieszcze wokale, które zapodane są w języku polskim i tematyką oraz barwą doskonale wpasowują się w płynące z tego krążka dźwięki. Zielonogórzanie koncentrują się na średnich i lekko przyspieszonych tempach, gdzie akordy kreują bezkompromisowy klimat swoim agresywnym i posępnym usposobieniem. Bezkres postawił na zdecydowane podejście do black metalu i wykorzystanie patentów znanych z twórczości Helhammer, co powoduje, że mocno mi tu zajeżdża Darkthrone z okresu „albumów bliźniaków” czyli „Ravishing Grimness” i „Plaguewielder”. Słychać to głównie w zwolnieniach i średnich tempach, podczas których duet ten wbija topornie do głowy słuchacza poszczególne frazy, nie pozostawiając miejsca na wybór, bo po prostu musisz tego słuchać i basta. Proste struktury utworów, mizantropijne harmonie, lodowate przyspieszenia i ogólna niechęć do otaczającej rzeczywistości. Panowie nagrali black metal, który posiada niewyszukane, ale skuteczne usposobienie. Jest tym, czym powinien być. Muzyka, która emanuje złem i wrogością. Arogancko stoi naprzeciw trendom i redefiniowaniu gatunku. Smaga mrozem i bardzo dobrze buja. Tak trzymać. Polecam.

shub niggurath




poniedziałek, 23 marca 2026

Recenzja Sura'sura „Warfare Metal”

 

Sura'sura

„Warfare Metal”

විරෑපී (VIRŪPI) 2026

Chcecie egzotyki? Proszę bardzo. Jedziemy na Sri Lankę. Kraina to dzika, i bynajmniej nie kojarzona szerzej z metalowym graniem. Stamtąd jednak pochodzi Sura’sura. Banda zwyroli, która chwyciła za instrumenty, i nagrała debiutancką, niespełna dwunastominutową EP-kę, składającą się z czterech kompozycji. Kompozycji… Wysublimowane to w tym przypadku słowo.  Cztery (a właściwie trzy, bo na początku gra intro) strzały w pysk, cztery wyrzygi, cztery wulgarne wysrywy z gatunku prostackiego, niczym wystawienie środkowego palca gestu. Chłopaki nie pierdolą się w tańcu, tylko prą przed siebie w sposób bardzo bezpardonowy, hałasują i łomoczą niczym rasowe Neandertale. Zawsze lubiłem tego typu ciekawostki geograficzne, nawet jeśli prezentowany przez wiele zespołów poziom odbiegał, i to czasem znacznie, od tego najwyższego. Bo nadal fascynuje mnie, mimo iż w metalu siedzę już niemal cztery dekady, że gdzieś tam, na zadupiu świata, nagle pojawia się kilku maniaków molestujących instrumenty tak intensywnie, z taką pasją, że momentalnie stają mi przed oczami czasy wczesnego Sarcofago, Sadistik Exekution czy Blasphemy. Przecież na tej EP-ce mamy czysty kult przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w temacie death / black metalu! Garażowe brzmienie, niewysublimowane linie gitarowe, wokale na zasadzie prostackiego darcia mordy, że o ścieżkach sekcji rytmicznej nie wspomnę, bo ocierają się o minimalizm. Sura’sura serwują bardzo proste harmonie, bez chwytliwych melodii, bez standardowych aranży pod tytułem zwrotki i refreny, oni, mówiąc kolokwialnie, po prostu napierdalają do krwi.  I chyba nie będę się nad tym materiałem rozpisywał ponad miarę, bo sensu w tym tyle, co w analizie budowy pantofelka. Nikomu to do życia niepotrzebne. „Warfare Metal” też pewnie nikomu życia nie odmieni, ale na pewno jest czymś na zasadzie pokazu siły militarnej niewielkiego państewka, które właśnie skończyło, z powodzeniem, prace nad produkcją broni jądrowej. Jak lubicie ciekawostki, to sprawdzajcie. Ta akurat jest warta uwagi.

- jesusatan


https://virupi.bandcamp.com/album/warfare-metal

Recenzja Fire Magic „Memories of Fire”

 

Fire Magic

„Memories of Fire”

Stygian Black Hand 2026

Fire Magic to duet z kraju, który Persowie zwą „Wielkim Szatanem”. Może między innymi dlatego grają oni black metal. Swoją przygodę pod tym szyldem zaczęli w 2020 roku i od tamtego czasu na koncie uzbierali demówkę, debiutancki krążek i najnowszego długograja w postaci „Memories of Fire”. To siedem numerów, które lecą sobie nieco ponad pół godziny, ale to i tak (jak dla mnie) trochę za długo. Amerykanie szyją typową diabelszczyznę, opartą na drugofalowych wzorcach. Każdy z utworów to połączenie świdrujących tremolo z klasycznymi riffami w towarzystwie, cholernie dudniącej sekcji rytmicznej i delikatnie wycofanych wokaliz, które w kulminacyjnych momentach z „czarcich” powarkiwań, przechodzą w epickie okrzyki. W ogóle, black metal od Fire Magic wypełniony jest bajeranckimi melodiami, które jednoznacznie kojarzą się z power-metalowymi produkcjami. Zatem za pośrednictwem „Memories of Fire” mamy do czynienia z rogacizną, która nasycona jest do bólu bajkowymi i ciut infantylnymi chwytliwościami, próbującymi nawiązywać do średniowiecznych przygrywek lub udawać jakieś homeryckie harmonie. Całość zalatuje banałem więc na dłużej do siebie nie przyciąga. Generyczność tego wydawnictwa jest wysoka. Muzyka płynie w zmiennych tempach, racząc na przemian szybkimi melodyjkami, klimatycznymi zwolnieniami oraz tradycyjnymi solówkami. Niestety nic szczególnego tutejsze struktury nie wnoszą ani nie potrafią czymś do siebie przyciągnąć. Fuzja heavy i black metalu, upstrzona naiwną melodyką, która jest totalnie przewidywalna, a po odsłuchu zupełnie nie pozostaje w pamięci. Rządzą tutaj typowość i gatunkowa nieporadność. Cóż, najnowsza produkcja od Fire Magic to takie „imieniny Ani”, czyli ani diabła, ani mroku, ani agresji, ale o mdłości przyprawia bez problemu. Nie polecam.

shub niggurath