Treasondom
“The Flesh Consumes The
Mind”
Defense Rec. 2025
Jak wskazują fakty historyczne, Treasondom istnieją
już osiem lat, aczkolwiek poza jedną, jedyną EP-ką wydaną w roku osiemnastym,
do tej pory chyba mocno się opierdalali (chyba że ciężko pracowali w innej
branży). Bo wypuszczanie w międzyczasie jednego utworu, średnio raz na dwa
lata, to trochę mało, żeby nie powiedzieć, że śmiesznie mało. Zwłaszcza mając
na uwadze, że piosenki tego Rumuńskiego składu oscylują w granicach dwóch – trzech
minut. Najwyraźniej kolesie spięli w końcu poślady, i w tym roku ukazał się ich
debiutancki krążek. Wypuszczony pierwotnie w formie cyfrowej, a obecnie wydany
na fizycznym nośniku przez naszą Defense Records. Materiał to niedługi, bowiem
trwający dwadzieścia dwie i pół minuty, podzielony na dziesięć krótkich
strzałów. Nietrudno się zatem domyśleć, iż panowie grają jakąś napierdalankę.
Konkretniej death-grindową. Niezbyt wyszukaną, bo bazującą na starych, znanych
i sprawdzonych patentach. Czyli średnie tempa często przeplatane huraganowymi
przyspieszeniami, tudzież, przynajmniej, przejściami w tempo solidne. Żeby nie
było, że jest tu kwadratowo do bólu, panowie czasem nieprzyzwoicie zwolnią, jak
choćby w „Soul Searching Sickening”, acz nawet w ramach tej kompozycji
pierdolnięcie w ryj jest gwarantowane. Ładnie to wszystko gra i cyka, zwłaszcza
jeśli mamy ochotę na błyskawiczny strzał, po którym na twarzy pozostaną
widoczne siniaki. Tylko że tak naprawdę, czegoś mi w tych nagraniach brakuje. I
to „coś” jestem w stanie wskazać palem bez wahania. Brakuje mi chwytliwych
riffów, które to wyróżniają te kilka nielicznych, strawnych dla mnie zespołów z
tego gatunku, z zalewu przeciętności. Brakuje mi pierdolnięcia na miarę choćby
naszej Hostii czy Ass To Mouth. „The Flesh Consumes the Mind” jest takim
średniakiem, krążkiem na którym, owszem, pojawiają się „momenty”, ale który w
ogólnym rozrachunku nie wybija się jakoś szczególnie ponad przeciętność. Ani pod
względem muzycznym, gdzie brakuje finezji, czy choćby odrobiny nieszablonowego
szaleństwa, czy też wokalnym, bo rzygi są w tym przypadku bardzo jednokolorowe,
niczym po barszczu czerwonym. Owszem, da się tego słuchać, bo z drugiej strony,
światowego deathgrindowego poziomu jakoś ten album specjalnie nie zaniża, ale
myślę, iż jest to pozycja jedynie dla maniaków gatunku. A biorąc pod uwagę
katalog Defense Records, właśnie dla takich, ściśle określonych grup ten label
wydaje. Czyli wszystko się zgadza. Kto chce, niech sprawdzi, może się spodoba. Dla
mnie solidny „plankton”.
-
jesusatan

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz