niedziela, 14 grudnia 2025

Recenzja Treasondom “The Flesh Consumes The Mind”

 

Treasondom

“The Flesh Consumes The Mind”

Defense Rec. 2025

Jak wskazują fakty historyczne, Treasondom istnieją już osiem lat, aczkolwiek poza jedną, jedyną EP-ką wydaną w roku osiemnastym, do tej pory chyba mocno się opierdalali (chyba że ciężko pracowali w innej branży). Bo wypuszczanie w międzyczasie jednego utworu, średnio raz na dwa lata, to trochę mało, żeby nie powiedzieć, że śmiesznie mało. Zwłaszcza mając na uwadze, że piosenki tego Rumuńskiego składu oscylują w granicach dwóch – trzech minut. Najwyraźniej kolesie spięli w końcu poślady, i w tym roku ukazał się ich debiutancki krążek. Wypuszczony pierwotnie w formie cyfrowej, a obecnie wydany na fizycznym nośniku przez naszą Defense Records. Materiał to niedługi, bowiem trwający dwadzieścia dwie i pół minuty, podzielony na dziesięć krótkich strzałów. Nietrudno się zatem domyśleć, iż panowie grają jakąś napierdalankę. Konkretniej death-grindową. Niezbyt wyszukaną, bo bazującą na starych, znanych i sprawdzonych patentach. Czyli średnie tempa często przeplatane huraganowymi przyspieszeniami, tudzież, przynajmniej, przejściami w tempo solidne. Żeby nie było, że jest tu kwadratowo do bólu, panowie czasem nieprzyzwoicie zwolnią, jak choćby w „Soul Searching Sickening”, acz nawet w ramach tej kompozycji pierdolnięcie w ryj jest gwarantowane. Ładnie to wszystko gra i cyka, zwłaszcza jeśli mamy ochotę na błyskawiczny strzał, po którym na twarzy pozostaną widoczne siniaki. Tylko że tak naprawdę, czegoś mi w tych nagraniach brakuje. I to „coś” jestem w stanie wskazać palem bez wahania. Brakuje mi chwytliwych riffów, które to wyróżniają te kilka nielicznych, strawnych dla mnie zespołów z tego gatunku, z zalewu przeciętności. Brakuje mi pierdolnięcia na miarę choćby naszej Hostii czy Ass To Mouth. „The Flesh Consumes the Mind” jest takim średniakiem, krążkiem na którym, owszem, pojawiają się „momenty”, ale który w ogólnym rozrachunku nie wybija się jakoś szczególnie ponad przeciętność. Ani pod względem muzycznym, gdzie brakuje finezji, czy choćby odrobiny nieszablonowego szaleństwa, czy też wokalnym, bo rzygi są w tym przypadku bardzo jednokolorowe, niczym po barszczu czerwonym. Owszem, da się tego słuchać, bo z drugiej strony, światowego deathgrindowego poziomu jakoś ten album specjalnie nie zaniża, ale myślę, iż jest to pozycja jedynie dla maniaków gatunku. A biorąc pod uwagę katalog Defense Records, właśnie dla takich, ściśle określonych grup ten label wydaje. Czyli wszystko się zgadza. Kto chce, niech sprawdzi, może się spodoba. Dla mnie solidny „plankton”.

- jesusatan




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz